Planowanie ostatnich chwil życia znalazło się w projekcie reformy służby zdrowia prezydenta Baracka Obamy. Republikanie straszyli, że chce on powołać do życia "panele śmierci", które będą oceniać, kogo jeszcze opłaca się leczyć, a komu lepiej pozwolić umrzeć, żeby zaoszczędzić pieniądze.
Niczego takiego w osławionym 1233. punkcie ustawy o reformie ubezpieczeń i służby zdrowia nie było, w dodatku został on wycofany, kiedy na początku roku uzgadniano kompromis w Kongresie. Ale od tamtego czasu "panele śmierci" wywołują strach - we wrześniowym sondażu 30 proc. Amerykanów wieku powyżej 65 lat twierdziło, że według nowych przepisów to rząd decyduje, kiedy przerwać leczenie ciężko chorych.
I oto, jak donosi "New York Times", "panele śmierci Obamy" - jak nazywała je niedoszła wiceprezydent Sarah Palin - wracają. Po cichutku, prawie niezauważone, już nie w ustawie przyjętej przez Kongres, tylko w rządowej dyrektywie dla Medicare, czyli publicznego systemu ubezpieczeń. Od 1 stycznia 2011 r. lekarze będą dostawać od Medicare pieniądze za konsultacje ze starszymi chorymi pacjentami w sprawie leczenia, jakiego życzą sobie lub nie w ostatnich chwilach życia. A skoro mają za nie dostawać pieniądze, to siłą rzeczy zaczną ich udzielać.
Razem z lekarzem pacjenci przedyskutują np., czy chcą reanimacji w przypadku beznadziejnym lub czy chcą być podłączeni do aparatury podtrzymującej życie nawet po śmierci mózgu. "Planowanie ostatnich chwil życia" ma się odbywać podczas rutynowych, corocznych badań, które lekarze obowiązani są przeprowadzić u każdego Amerykanina powyżej 65. roku życia (tylko ta grupa wiekowa jest w 100 proc. ubezpieczona w
USA).
Autorzy dyrektywy dla Medicare twierdzą, że jest to dodatkowa zaleta, bo lekarze i pacjenci będą dyskutować "rutynowo", a nie gdy zmusi ich do tego sytuacja, czyli w perspektywie nadciągającej śmierci. - Po takich konsultacjach pacjent może być pewny, że dostanie taką pomoc, jakiej sobie życzy, że jego wola zostanie uszanowana - mówi prof. Stacy Fisher z wydziału medycyny University of Colorado.
Dyrektywa powołuje się na artykuł w"British Medical Journal", w którym opisano efekty takiego planowania w szpitalu w Melbourne w Australii. Objęto nim pacjentów powyżej 80. roku życia. Zdecydowana większość z nich była zadowolona, że lekarze chcą znać ich opinię i wolę. Niezdecydowani mogli wyznaczyć kogoś z rodziny, kto podejmie za nich decyzję w najcięższym momencie. Ale zwykle decydowali sami, oszczędzając cierpień i rozterek najbliższym. Po śmierci pacjenta ci częściej oceniali, że umarł godną śmiercią, niż w przypadkach, kiedy żadnego planowania ostatnich chwil nie było.
- Niesławny punkt 1233. zmartwychwstał i ma się świetnie - twierdzi z kolei Elizabeth D. Wickham, dyrektorka organizacji LifeTree. - Podczas konsultacji lekarze mogą zachęcać pacjentów, żeby rezygnowali z leczenia, tym samym odbierając im kontrolę nad własnym życiem w ostatnich jego chwilach.
"New York Times" ujawnia, że zwolennicy dyrektywy dla Medicare przygotowywali ją niemal w konspiracji, obawiając się ponownych oskarżeń o "panele śmierci". Demokratyczny deputowany Earl Blumenauer pisał w listopadzie w e-mailu do swoich współpracowników: "Nie informujcie o pracach nad projektem nawet jego zwolenników. Jak dotąd prasa ani blogi go nie opisują i im dłużej będziemy niezauważeni, tym lepiej".