Lekarze z berlińskiej kliniki Charite nie potrafili uwierzyć, że wyniki badania krwi Wiktora i Mariny Kałasznikowów są prawdziwe. Poziom rtęci w organizmach obydwojga Rosjan prawie dwudziestokrotnie przekraczał dopuszczalne normy. Lekarze powiadomili więc o sprawie policję, a ta wszczęła alarm.
Toksyczna rtęć praktycznie wyszła w Unii Europejskiej z użycia (od lat nie produkuje się np. rtęciowych termometrów). Dlatego niemieccy śledczy wychodzą z założenia, że trucizna nie dostała się do organizmów Kałasznikowów przypadkowo i podejrzewają próbę zabójstwa.
Tym bardziej, że krytycznemu wobec Kremla małżeństwu grożono w przeszłości śmiercią. Wiktor Kałasznikow to były pułkownik KGB. W latach 90. uchodził za jednego z najbardziej wpływowych ludzi w Rosji. Pracował w sztabie Borysa Jelcyna i dla oligarchów zajmujących się wydobyciem ropy. Gdy władzę przejął Władymir Putin popadł w niełaskę. Wtedy Kałasznikow razem z żoną zajął się niezależnym dziennikarstwem. Opisywali m.in. wojnę w Czeczenii, krytykując przy tym Kreml za popełnione na Kaukazie zbrodnie. Z pogróżek nic sobie nie robili, aż w połowie grudnia tego roku zaczęli się źle czuć. Obydwoje przypuszczają, że rtęć podano im w posiłku.
Niemcy sprawdzają, czy za zatruciem nie stoją rosyjskie służby specjalne. W podobny sposób zgładzono innego krytyka Kremla - przebywającego w Londynie byłego pułkownika KGB Aleksandra Litwinienkę. W listopadzie 2006 r. w jednym z londyńskich barów sushi podano mu posiłek zaprawiony radioaktywnym polonem. Dysydent zmarł kilka tygodni później. O morderstwo brytyjskie władze oskarżyły agenta KGB Andrieja Ługowoja, który po tym zamieszaniu został deputowanym rosyjskiego parlamentu.