W deszczowy czerwcowy dzień na ulicy w centrum Londynu Bóg pokierował mną w ten sposób, że zauważyłem piękną, długowłosą, wysoką blondynkę. Poszedłem za nią, bo nie miałem nic ważniejszego do roboty. W jej ruchach, twarzy i sposobie noszenia głowy było coś, co wydało mi się i ponętne, i bliskie sercu. Śledziłem ją dwie przecznice, doszliśmy do restauracji. Usiadła przy stoliku pod ścianą, czekała tam już grupa przyjaciół. Jeden jadł zupę, drugi kanapki, ktoś pił kawę. Sami młodzi - dwadzieścia, trzydzieści lat. Ja mam już prawie 50. Zająłem krzesło na tyle blisko, by się zorientować, że mówią po polsku. To mnie ośmieliło.
- Igor jestem, z zawodu artysta malarz, mogę się do was dosiąść?
Z całej grupki, lekko zdziwionej, właśnie ona się uśmiechnęła pierwsza.
- Siadaj. Jestem Monika.
Trzy dni przed odjazdem
Jak powiedziałem ojcu, że chcę zostać malarzem, to się wściekł. Żołnierz zawodowy, technik lotnictwa. Liczył, że pójdę w jego ślady. Jeśli nie do armii, to do technikum mechanicznego, żeby - jak mówił - mieć w ręku fach, nie ptasi ogon. A przecież sam mnie zapisał na rysunki do pałacu młodzieży.
Miasto B., szare, jest głęboka komuna. Na moim osiedlu nieotynkowane bloki z betonu, błotniste ścieżki między zardzewiałymi garażami. A my w pracowni mieszamy kolorowe pigmenty, wycinamy pejzaże w zielonym linoleum, lepimy figury z masy papierowej i malujemy je na złoto.
Ojciec w końcu się zgodził na liceum plastyczne. Mama nie komentowała. Zajmowała się staniem w kolejkach, gotowaniem, praniem i chyba nie robiło jej większej różnicy, czy zostanę żołnierzem, czy malarzem.
Nauka szła mi świetnie, byłem prymusem. Po czwartej klasie - w 1981 r. - trafiłem w nagrodę na letni plener rzeźbiarski. Najważniejsze wyróżnienie, jakie mogło spotkać ucznia. Nauczyciel i ośmiu chłopaków. Był czerwiec.
Dojazd z B. do wioski między Szczytnem i Augustowem trwał 12 godzin. Pociągi, przesiadki, PKS-y. Jak na koniec świata. Duże poniemieckie domy rozrzucone wzdłuż brukowej drogi. Gospoda, poczta, gotycki kościół. Wokoło lasy i jeziora. Szkicownik, piła, młotek, zestaw dłut.
Podziw miejscowych dziewcząt i chłopaków: wiadomo - artyści z dużego miasta przyjechali. W gospodzie jedliśmy za darmo, kieszonkowe szło na alkohol. Kumple szybko nawiązali romanse, ja - dopiero trzy dni przed odjazdem.
Miała na imię Marta.
Wszystko jasne: to miłość
Wysoka, czarne włosy, długie nogi. Córka bogatych gospodarzy, zimą - studentka pedagogiki w Olsztynie, latem - z rodzicami we wsi. Promienny uśmiech. Nie wiedziałem, jak się przy niej zachować. Była inteligentna, oczytana, z dobrym gustem, zakochałem się natychmiast. Ona we mnie - choć nie tak od razu.
Ale kiedy wyjeżdżałem, obiecaliśmy sobie, że będziemy pisać i na pewno się jeszcze spotkamy.
Powrót do domu był straszny.
Myślałem tylko o niej. Telefonów w tych czasach nie było, a pisanie listów nie wystarczało. Za wolno szły. Słaliśmy telegramy do siebie. Już nie pamiętam słów, tylko stanie w kolejce w urzędzie pocztowym z wypełnionym druczkiem. Chyba jakieś tam: "Tęsknię coraz mocniej...". Uradziliśmy pisemnie, że spotkamy się w sierpniu - wrócę na Mazury, ale już z namiotem.
W sierpniu rozbiłem namiot w sadzie tego samego domu, gdzie byłem na plenerze. Marta jeszcze nie wróciła z rodzicami z wczasów w Bułgarii. Mówiłem wam, że to byli bogaci ludzie. Czekałem na nią w uniesieniu, udając, że łowię ryby. I pewnego ranka stanęła przed namiotem. Pocałowaliśmy się na przywitanie. W taki sposób, że już wszystko było jasne: to miłość.
Potem były cudowne dwa miesiące i znów powrót do B. Ja do ostatniej, piątej, klasy, Marta - do Olsztyna. Przez październik i listopad pisałem trzy, cztery listy tygodniowo. Nie takie, jak dzisiaj się pisze. Papier był stylizowany na stary - załatwiałem pożółkłe odpadki z zakładów poligraficznych. Tusz w kolorze sepii - produkowałem go sam w kuchni z wody i pigmentu. Miałem stalówkę w obsadce, kaligrafowałem każdą literkę.
Ona odpisywała, ale nie tak często. Na moje cztery listy dostawałem jeden.
Źródło: Duży Format