Sanitariuszy jest trzech. Prokurator zażądał wczoraj dla nich kar roku więzienia. Oskarża ich o niewykonanie rozkazu udzielenia pomocy rannym w zamachu na konwój. Obrona chce uniewinnienia.
Chodzi o wydarzenia z lutego 2007 r., gdy polski konwój na autostradzie Tampa w Iraku wpadł na minę pułapkę. Zginął żołnierz Piotr Nita. Według prokuratury sanitariusze podczas tego ataku mimo rozkazu nie wyszli z sanitarki, by udzielić pomocy rannym kolegom i zabrać ciało zabitego. - Zawiedli jako żołnierze. Zawiedli swoich kolegów - podsumował prok. kpt. Mariusz Malinowski.
- Mam zasadnicze wątpliwości, czy rozkaz w ogóle dotarł do oskarżonych, a bez tego trudno im zarzucać, że nie wykonali rozkazu - mówił mec. Michał Zuchmantowicz, wnosząc o uniewinnienie swoich klientów. - To nie jest film "Helikopter w ogniu". Tutaj sanitariusze nie biegają z wenflonami po polu walki, bo tak się nie robi - podkreślił. Adwokat dodał, że sanitariusze nie byli przeszkoleni do udzielania pomocy na polu walki.
Drugi obrońca mec. Stanisław Cybulski zauważył, że rozkaz został wykonany. Sąd nie dostał zapisu z amerykańskiego monitoringu, który by to rozstrzygnął.
Ostatni świadek - plutonowy z konwoju - zeznał wczoraj, że nie wie, czy oskarżeni zrozumieli rozkaz. Powiedział, że sanitariusze cofnęli karetkę i zabrali ciało żołnierza, ale nie od razu po rozkazie.
Oskarżeni twierdzą, że wysiedli z samochodu, wydali nosze dla Piotra Nity (który zginął na miejscu) i udzielali pomocy rannym. Pozostali żołnierze z konwoju (będący z innej jednostki niż sanitariusze) zeznali, że ich nie widzieli, choć nie byli tego absolutnie pewni.
Sanitariusz Marcin K. - jedyny, który składał wyjaśnienia - uważa, że razem z kolegami padł ofiarą niechęci pozostałych żołnierzy. Twierdził, że niechęć okazywał mu dowódca feralnego patrolu i jeszcze jeden żołnierz. - My nie byliśmy z tej ekipy, byliśmy dla nich obcy. Tak jest, kiedy próbuje się usprawiedliwiać własne błędy. Potem działa psychologia tłumu - mówił kilka miesięcy temu.
Sanitariusz (który przed VII zmianą irackiego kontyngentu był już tam na zmianie IV i V) twierdzi, że wydane przez dowódcę gwałtownym głosem polecenie: "Wyp... z karetki, wziąć nosze", wykonał niezwłocznie i mimo braku osłony przedarł się około 30 m do palącego się hummera, pod którym eksplodowała mina pułapka.
Sąd wyda wyrok za tydzień.
Źródło: Gazeta Wyborcza