Przedłużenia ulg dla najbogatszych, wprowadzonych przez prezydenta George'a Busha, domagali się Republikanie, którzy w listopadzie wygrali wybory do Kongresu. Gdyby ustawa o podatkach nie została teraz przegłosowana, z końcem roku ulgi zostałyby zniesione dla wszystkich Amerykanów. Przeciętna amerykańska rodzina musiałaby oddać państwu dodatkowo około 3 tys. dol. rocznie.
Obama chciał znieść ulgi dla osób o dochodach powyżej 200 tys. dol. rocznie (lub 250 tys. w rodzinie), a zachować je dla pozostałych. Sprawiedliwszy podział dóbr był jedną z jego najważniejszych obietnic podczas wyborów prezydenckich. Dziś 1 proc. najzamożniejszych Amerykanów ma już 24 proc. majątku narodowego (a jeszcze 30 lat temu mieli tylko 9 proc.).
Jednak Republikanie postawili prezydenta pod ścianą - musiał albo złamać obietnicę, albo w środku kryzysu przydusić podatkami wszystkich bez wyjątku. Wybrał to pierwsze - kompromis z Republikanami przewiduje, że ulgi dla wszystkich, w tym najbogatszych, będą obowiązywać przez najbliższe dwa lata. W zamian Republikanie zgodzili się na zasiłki dla bezrobotnych przez dwa lata od utraty pracy.
Kompromis ten będzie kosztował
budżet 858 mld dol. Ulgi podatkowe Busha są jedną z głównych przyczyn, oprócz kryzysu i wojen, finansowych problemów Ameryki. Za ulgami nie poszły bowiem żadne cięcia w wydatkach. W efekcie
dług publiczny, który pod koniec prezydentury Bila Clintona wynosił 35 proc. dochodu narodowego, poszybował do prawie 90 proc. obecnie.
Wszystkie te okoliczności sprawiły, że głosowanie nad podatkami było w Kongresie burzliwe. Senat przyjął je w środę, ale następnego dnia w Izbie Reprezentantów zbuntowali się Demokraci. Uważali oni, że Obama przesadził z kompromisem, niektórzy nawet mówili o zdradzie. Głosowanie odkładano i wreszcie doszło do niego dopiero koło północy. Za ustawą było 277 deputowanych, w tym 139 demokratów i 138 republikanów. Przeciw było 112 demokratów i 36 republikanów.
W kampanii wyborczej do Kongresu Republikanie zarzucali Obamie, że powiększa deficyt, ale jednocześnie uważają, że podatki uderzą w klasę średnią, drobnych przedsiębiorców. - Niskie podatki sprzyjają ożywieniu gospodarki - powtarzają odwieczny argument amerykańskich konserwatystów.
Z kolei liberalni ekonomiści przekonywali, że oddając pieniądze milionerom, Ameryka nie pokona kryzysu, bo najbogatsi i tak mają pieniądze, więc nie będą ich wydawać na bieżące potrzeby. Pieniądze należało dać mniej zamożnym, którzy wydadzą je na pralki, lodówki, komputery itp - i dopiero to da impuls gospodarce.
- Zapłacimy haracz finansowym królom Ameryki, żeby pomóc klasie średniej - ironizowała znana z liberalnych poglądów przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi, która będzie się cieszyć tą funkcją tylko do końca roku.
Obama podpisał ustawę podatkową już w piątek, uznając ją za sukces - jedyny możliwy w obecnej sytuacji politycznej. Od stycznia do Kongresu przychodzą nowi, wybrani w listopadzie kongresmeni i Republikanie przejmują większość w Izbie Reprezentantów. Nocne, czwartkowe głosowanie otwiera nową erę w amerykańskiej polityce - kohabitacji prezydenta z nieprzyjaznym mu Kongresem.