http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Brama straceń

Włodzimierz Kalicki
2010-12-19, ostatnia aktualizacja 2010-12-17 17:00

Zdarzyło się 16 grudnia 1970 r. O 5 rano robotnicy idący do pracy w Stoczni im. Lenina w Gdańsku stwierdzają, że stocznia jest otoczona przez transportery opancerzone, czołgi i kordon żołnierzy w mundurach polowych, pod bronią

W kordonie stoją także uzbrojone pododdziały milicji. Stoczniowcy są zszokowani. To, że milicja bije i maltretuje, to nic zaskakującego. Ale wojsko, normalni chłopcy z poboru - przeciw nim? Co rusz słychać huk uderzeń kamieni o metal. Zmierzający do bramy nr 3 robotnicy rzucają czym popadnie w mijane czołgi. Ich załogi nie reagują.

Przed 7 rano robotnicy ogłaszają strajk okupacyjny.

Przed gmachem dyrekcji stoczni zbiera się tłum robotników. Załoga wydziału W-4 przychodzi na wiec w zwartej kolumnie. Parę minut po siódmej jest niemal 7 tys. strajkujących.

Przed dwoma dniami, po ogłoszeniu przez władze dotkliwej podwyżki cen, przede wszystkim żywności, wczesnym rankiem zastrajkowała część robotników Stoczni im. Lenina. Gdy rozmowy z dyrekcją nic nie dały, strajkujący pomaszerowali do miasta, pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Rozmowy z sekretarzem KW Zenonem Jundziłłem też nie przyniosły niczego prócz irytacji robotników. Tłum strajkujących i przypadkowych gdańszczan ruszył dalej w miasto. Manifestacja była spokojna, ale wśród manifestantów kręciło się kilkudziesięciu cywilnych funkcjonariuszy SB, którzy podżegali do radykalnych działań. Kilku esbeków udających robotników opanowało nyskę z megafonami i przez głośnik skandowało hasła przeciw władzy.

Po południu spokojną manifestację milicjanci zaatakowali gazem łzawiącym na moście Błędnik. Rozgorzały walki uliczne, zaczęło się wybijanie szyb - w Domu Prasy, w gmachu Teatru Wybrzeże. Wieczorem grupy młodych ludzi próbowały podpalić gmach KW, ale ochraniający go żołnierze ugasili płomienie.

Wczoraj wczesnym rankiem ze Stoczni im. Lenina i innych zakładów pracy wyszły na miasto potężne demonstracje robotników zamierzających odbić aresztowanych kolegów. Pochodowi drogę zastąpił przytomnie p.o. komendanta miejskiego milicji płk Jan Stasiak i poprosił, by kilku manifestantów osobiście sprawdziło w pobliskim gmachu KM MO, że nie ma tam aresztowanych stoczniowców. Wyglądało to na pułapkę i dopiero po dłużej chwili wśród demonstrantów znalazło się kilku śmiałków. Wśród nich 27-letni stoczniowy elektryk Lech Wałęsa. Po dłuższej chwili Wałęsa stanął w oknie komendy i przez podaną przez milicjanta tubę oznajmił, że MO zgadza się wypuścić stoczniowców. W tym momencie na manifestację uderzyła grupa zomowców. Delegaci tłumu ledwie zdołali uciec z budynku komendy na ulicę. Manifestanci odpowiedzieli szturmem na komendę milicji, podczas którego st. sierżant Marian Zamroczyński zastrzelił z bliska stoczniowca Józefa Widerlika. Pierwsza ofiara zajść nie była tego dnia ostatnią. Po odparciu ataku na gmach komendy MO demonstranci dalej walczyli z milicją, rozpędzając w jej kierunku samochody ciężarowe i w ostatniej chwili wyskakując z szoferki. W trakcie takiej akcji zginął student Bogdan Sypka. Demonstranci spalili budynek KW PZPR. Podczas walk o gmach komitetu partii demonstranci spalili dwa transportery opancerzone, a jeden zdobyli. Później jeździli nim po mieście z wywieszoną biało-czerwoną flagą. Wczoraj do wieczora zginęło w Gdańsku co najmniej siedem osób, dziesiątki było poważnie rannych i ciężko pobitych przez milicję.

Przed gmachem dyrekcji zaczyna się wiec. Delegaci załogi stoczni odczytują żądania zebrane na wydziałach: podwyżka pensji o 1/3, wycofanie podwyżki cen artykułów spożywczych, a nawet obniżenie ich do poziomu sprzed trzech lat, pozostawienie bez zmian norm pracy, przestrzeganie zagwarantowanych w konstytucji wolności słowa i wyznania. No i wypuszczenie stoczniowców aresztowanych wczoraj i dziś w nocy.

Wiec trwa już niemal godzinę, gdy na terenie stoczni, przed bramą nr 2, zbiera się kilkuset bardziej radykalnie nastawionych robotników. Chcą, jak wczoraj, wyjść pochodem w miasto. Ale 20 metrów przed bramą stoi gęsta tyraliera żołnierzy Podoficerskiej Szkoły Obrony Terytorialnej. Za nimi wozy bojowe 55. Pułku Zmechanizowanego. Ich karabiny maszynowe wycelowane są w bramę.

Setka stoczniowców ostrożnie wychodzi kilka metrów przed bramę. Są poza terenem stoczni. Zatrzymują się kilkanaście metrów przed kordonem żołnierzy. Wołają: "Nie strzelać!", "Wojsko z nami!". Ale ze strony żołnierzy odpowiedzią jest jedynie milczenie i bezruch. Robotnicy w pierwszym szeregu są stropieni. Przez parę minut żołnierze i wołający stoczniowcy stoją naprzeciw siebie. Ale ze stoczni wychodzą przez bramę jeszcze dwie setki pracowników, popychają stojących w pierwszej linii kolegów. Tłum robotników powoli przesuwa się w stronę kordonu żołnierzy. Dowodzący żołnierzami kpt. Marian Zatorski występuje przed tyralierę i głośno wzywa stoczniowców, by zawrócili i cofnęli się za bramę, na teren stoczni. Robotnicy odpowiadają okrzykami: "Zejdźcie nam z drogi!". Starszy robotnik wychodzi przed szereg i woła do żołnierzy, że ma syna w wojsku, w ich wieku. Jego koledzy krzyczą: "Do nas, do nas będziecie strzelać?!".

Wtedy inny oficer, mjr Mirosław Wiekiera, próbuje powstrzymać okrzykami zbliżających się z wolna, drobnymi kroczkami stoczniowców. Ci jednak, nawet gdyby chcieli, nie mogą się zatrzymać - popychają ich napierający z tyłu koledzy.

O 8.10 mjr Wiekiera wydaje żołnierzom pułku zmechanizowanego komendę: "Ładuj broń!". I od razu następną: "W górę, krótką serią - ognia!". Kpt. Zatorski w tym czasie, na znak mjr. Wiekiery, dysponuje: "Bezpiecznik! Strzał ostrzegawczy w górę!". Dowodzący tym odcinkiem blokady stoczni gen. Łańcucki uważa, że komenda mjr. Wiekiery nie była dość głośna, i sam wydaje rozkaz użycia broni.

Huk strzałów jest ogłuszający. Żołnierze, a przynajmniej ich znakomita większość, celują w powietrze. Robotnicy rzucają się do panicznej ucieczki. Stoczniowiec Józef Tabin widzi wyraźnie twarz mjr. Wiekiery, gdy ten wydaje komendę "Ładuj!", i na odgłos szczęku zamków karabinowych rzuca się do ucieczki. Wokół inni robią to samo. Tabin czuje uderzenie w plecy, ale biegnie dalej. Jest pewien, że ktoś go popchnął. Wokół leży mnóstwo stoczniowców. Przerażony Tabin biegnie; nie wie, że większość z leżących przewróciła się w tłoku, podczas ucieczki spod luf żołnierzy.

Strzały cichną, ale nie wszystkie. Dwóch przerażonych stoczniowców, którzy wpełzli do wielkich stalowych rur leżących pod ogrodzeniem, aż dygoce od uderzeń pocisków w rury.

Przewróceni podczas ucieczki robotnicy podnoszą się i chyłkiem uciekają spod luf za bramę stoczni. Na ziemi pozostają ich dwaj zabici koledzy: Jerzy Matelski i Stefan Mosiewicz. Matelski dostaje dwa postrzały w klatkę piersiową, które rozrywają worek osierdzia i tętnicę płucną. Mosiewicz ginie od postrzału w potylicę oddanego z broni krótkiej kalibru 9 mm, z większej odległości. Ktoś strzelał do uciekających spoza tyraliery żołnierzy.

Ciężko rannych jest 11 stoczniowców.

Koledzy zabierają rannych i ciała dwóch zabitych na teren stoczni. Skandują: "Mor-der-cy! Mor-der-cy!".

Józef Tabin wraca do szatni na swym wydziale. Bolą go plecy. Zdejmuje kufajkę, koszulę, wykręca się przed lustrem. Plecy ma zalane krwią. W prawej łopatce zieje dziura po pocisku. Tabin ostatkiem sił zakłada koszulę, kurtkę i powoli rusza do szpitala. Po tym, co działo się wczoraj na ulicach Gdańska i chwilę temu, przed bramą stoczni, wie, że nie wolno mu wpaść w ręce milicji ani wojska.

Po strzelaninie przed bramą nr 2 stoczniowcy zbierają się pod budynkiem dyrekcji. Robotnicy poszerzają skład utworzonego wczoraj komitetu strajkowego. W jego skład wchodzą: technolog Zbigniew Jarosz, Jerzy Górski, elektryk Lech Wałęsa, spawacze Ryszard Podhajski i Kazimierz Szołoch, ekonomista Stanisław Oziembło i Zofia Zejser. Komitet ogłasza strajk okupacyjny stoczni i wyznacza pracowników, którzy mają tworzyć milicję robotniczą. Z niebieskimi opaskami na rękawach pilnują porządku i strzegą majątku stoczni.

W południe komitet strajkowy obraduje jeszcze w Sali BHP stoczni. W obradach biorą udział właściwie wszyscy chętni, także przedstawiciele dyrekcji. Właśnie oni starają się, by rozwodnić władze strajku i doprowadzić do jego przerwania. Robotnicy podchwytują ich pomysł, by powołać Radę Delegatów Strajku Okupacyjnego. Liczy ona niemal 200 osób reprezentujących wszystkie wydziały stoczni, a także jej administrację. Realną władzę w tym zgromadzeniu sprawuje Prezydium Rady Delegatów, do którego wchodzą członkowie komitetu strajkowego: Jarosz, Wałęsa, Górski, Oziembło i Podhajski. Prezydium stara się zorganizować akcję strajkową. Przede wszystkim trzeba jakoś wyżywić kilka tysięcy stoczniowców, którzy zdecydowali się pozostać w zakładzie i strajkować.

Dyrektor stoczni Stanisław Żaczek ostrzega komitet strajkowy, że dowodzący wojskami w Trójmieście gen. Korczyński daje stoczniowcom cztery godziny na opuszczenie zakładu. Potem wojsko będzie strzelać do stoczni i bombardować ją - grozi Żaczek.

Godziny płyną, ale kilkutysięczny tłum przed budynkiem dyrekcji wcale nie maleje. Robotnicy mają poczucie, że razem stanowią większą siłę i że tu są bliżej najważniejszych informacji i decyzji. Po południu rozchodzi się wiadomość o aresztowaniu komitetu strajkowego w stoczni w Gdyni. Gdy zapada zmrok, nastroje wśród strajkujących gwałtownie się pogarszają. Przez milicyjne megafony nieustannie nadawane są wezwania do opuszczenia stoczni.

Komitet strajkowy obraduje nieustannie. Tuż przed północą z komitetem spotyka się dyrektor Żaczek i sekretarz stoczniowej organizacji partyjnej. Obaj straszą możliwością krwawej pacyfikacji, kuszą glejtami bezpieczeństwa dla wychodzących. Wreszcie nad ranem komitet strajkowy postanawia przerwać akcję strajkową. Przed 5 rano stoczniowcy wychodzą.

  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':