Kiedyś w wakacje zajrzałem do pokoju moich dzieci zaniepokojony podejrzaną ciszą. Powiedziały, że "bawią się w dawne czasy". Tego dnia zwiedzaliśmy różne gotyckie budowle, myślałem więc, że bawią się w królów i rycerzy. Okazało się jednak, że zabawa w dawne czasy polega na tym, że wyłączyły kolor w telewizorze i udają, że są tylko dwa kanały.
Taka książka jak "Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci" Anety Boratyńskiej powinna była powstać już dawno temu. Dla naszych dzieci PRL to zamierzchła historia - od opowieści o rycerzach odróżnia ją tylko to, że tatuś i mamusia przeżyli te dwa czarno-białe kanały na własnej skórze.
Książka Boratyńskiej to osobiste wspomnienie PRL napisane tak, żeby z zaciekawieniem przeczytało je dzisiejsze dziecko. Nawet takie, które nie umie czytać, z przyjemnością obejrzy piękną oprawę graficzną: zdjęcia z archiwum autorki przeplatane ilustracjami Bohdana Butenki.
Zresztą naprawdę nie trzeba być dzieckiem, żeby z zaciekawieniem oglądać zdjęcia butów Relaks, pralki Frani czy też pustych półek w sklepie.
Książka jest osobistą gawędą autorki, nie jest to więc próba monograficznego wyczerpania tematu. I bardzo dobrze! Takie książki już są, trudno pod tym względem przelicytować choćby "PRL dla początkujących", wspólne dzieło Jacka Kuronia i Jacka Żakowskiego.
Tak ciekawej gawędy dla dzieci jednak jeszcze nie było. Jej osobisty charakter prowokuje do dyskusji i porównań: co właściwie pamiętamy z naszej peerelowskiej młodości poza tym jedynym wspólnym elementem, za który Boratyńska słusznie uważa toast z płynu Lugola wzniesiony po katastrofie czarnobylskiej?
Ja zapamiętałem inne rzeczy niż Boratyńska. Autorka pamięta np. sukienkę z pierwszej komunii - ja nie pamiętam, co miałem na sobie, bo jaki chłopiec by zwracał na to uwagę?
Za to długo i namiętnie mógłbym rozprawiać o PRL-owskiej motoryzacji, temacie potraktowanym u Boratyńskiej zdawkowo. Motoryzacja była nędzna, ale dla chłopca miała jedną ważną zaletę: była zróżnicowana. Byłem wtedy dumny z tego, że z zamkniętymi oczami rozpoznam markę samochodu przejeżdżającego ulicą, bo inaczej brzmiała syrenka, a inaczej duży fiat.
A dzisiaj? No owszem, dzisiaj wszystko jest lśniące, metalizowane, klimatyzowane i skomputeryzowane. Ale jednocześnie gdzieś przepadły różnice, wtedy zasadnicze, teraz sztucznie podkręcane przez dziennikarzy motoryzacyjnych.
Ale to jest właśnie wspaniałą zaletą tej książki: Boratyńska pisze o tym, co ona zapamiętała. Każdemu, kto ma swoje wspomnienia z PRL - od razu staną one przed oczami. Czasem te wspomnienia będą dokładnie takie same jak u Boratyńskiej: ja też pamiętam zdradliwą pokusę, by się napić wody sodowej z ulicznego saturatora mimo rodzicielskiego zakazu, "bo zarazki".
Dzisiaj zresztą takiego wielorazowego kubka też bym nie dotknął bez lateksowych rękawiczek. Ale wtedy w upalny dzień widok szklanki ze spienioną wodą sodową z sokiem malinowym był taki kuszący - inni pili i jakoś żyją, więc ja też chciałem zaryzykować...
Czasem wspomnienia będą inne niż u autorki. Boratyńska np. jako pierwszą reklamę w telewizji zapamiętała prusakolep: ja pamiętam z wczesnogierkowskiej telewizji reklamy "czystej żywej wełny", teflonowych patelni i golarek Philips. Jako dziecko byłem widocznie bardziej zafascynowany wszelkimi namiastkami cywilizacji konsumpcyjnej.
Ta osobistość doskonale jednak się wpisuje w założoną funkcję, jaką ta książka ma pełnić: prowokuje do wspomnień. To nie jest książka typu "poczytaj mi, mamo", to jest raczej inspiracja do długiej i pasjonującej rozmowy dzieci i rodziców, a nawet samych rodziców, bo od razu się okazuje, że tata i mama wcale nie zapamiętali wszystkiego tak samo.
Pytania, jakie rodzicom stawiają dzieci po przeczytaniu tej książki, też mogą być bardzo wnikliwe i stanowić punkt wyjścia do dalszej rozmowy. Np. skoro w sklepach nic nie było, to dlaczego ludzie z sąsiednich krajów nie chcieli się wzbogacić, przywożąc trochę szynki od siebie? Przecież by wszystko sprzedali, nawet ze sporym narzutem?
Albo: skoro, jak pisze Boratyńska, strajki i protesty zmusiły władze do ustępstw w roku 1989, to dlaczego władze nie ugięły się przed bardziej masowymi protestami wcześniejszych lat? Przyznam, że o ile z tym pierwszym pytaniem jakoś sobie poradziłem, drugie mnie rozłożyło na łopatki.
Jedyna pociecha, że nie tylko ja miałbym z nim kłopot. Ale to pokazuje, jak bardzo inspirująca jest książka Boratyńskiej. Mam nadzieję, że znajdzie się w workach wielu Mikołajów w tym roku - bo naprawdę potrzebujemy szczerej rodzinnej rozmowy o historii. Najnowszej, ale jednak szczęśliwie już historii.
Aneta Górnicka-Boratyńska (tekst), Bohdan Butenko (oprac. graficzne), "Zielone pomarańcze, czyli PRL dla dzieci",
Agencja Edytorska Ezop, Warszawa 2010
Źródło: Duży Format