"Sania zostanie z nami, wszystko będzie OK" - piosenka z takim refrenem jest od tygodnia wielkim przebojem białoruskich stacji radiowych. O to, by nagranie zespołu Rockerjoker stało się hitem, zadbało ministerstwo informacji, wydając nakaz emitowania jej co najmniej siedem razy na dobę. Reżimowa
telewizja ONT w ekspresowym tempie nakręciła teledysk i "Sania" opanował również telewizory Białorusinów.
Nikt nie ma wątpliwości, że "Sania" (zdrobnienie od Aleksander) to Aleksander Łukaszenka. Przekaz jest jasny - po wyborach prezydenckich 19 grudnia Sania musi zostać, a wtedy wszystko w kraju będzie w porządku.
To, że Sania zostanie, jest zresztą pewne - jak będzie trzeba, najwyżej sfałszuje wybory. W dodatku rozdrobniona opozycja sama zrobiła mu prezent, wystawiając aż dziewięciu kandydatów.
Mocna pięść 56-letni Łukaszenka pochodzi ze wsi Kopyś, tuż pod granicą z Rosją. Ojca nie znał, matka wychowywała go samotnie, co na wsi było podstawą dla nieustających kpin i wyszydzania. Wtedy zrozumiał, że tylko mocna pięść jest gwarancją szacunku. - We współczesnym świecie szanują tylko mocnych, tylko z nimi się liczą - będzie powtarzał już jako prezydent.
Dalej były
szkoła,
uniwersytet, służba w wojsku - no i wstąpienie do partii komunistycznej, co było warunkiem awansu społecznego. Dzięki temu mógł zostać kierownikiem kołchozu Garadziec.
To pierwsze stanowisko, które dało Łukaszence realną władzę nad ludźmi. Jeżeli ktoś zaczynał go krytykować, tracił pracę. Głośna stała się sprawa pobicia przez Łukaszenkę w 1990 r. traktorzysty Wasila Bandurkoua.
- Pijany Bandurkou jechał traktorem. Zobaczył go Łukaszenka, zatrzymał, zaczął krzyczeć, a później uderzył. Traktorzysta upadł, a Łukaszenka go kopał - opowiada "Gazecie" Anatol Gulajeu, dziennikarz i w tamtym czasie przyjaciel Łukaszenki.
Traktorzysta wylądował w szpitalu ze złamaną nogą, a wobec Łukaszenki wszczęte zostało postępowanie karne. Zjawił się wtedy u Gulajeua, który był korespondentem "Sielskiej Żyźni", organu prasowego komunistycznej partii Związku Radzieckiego. Mówił o zemście, że sprawa jest ukartowana. Korespondent z legitymacją organu prasowego Komitetu Centralnego, która otwierała wszystkie drzwi, odwiedził kolejno prokuraturę, szpital, świadków. Za każdym razem stwierdzał, że oznak prowokacji nie było, ale Łukaszenka umiał go przekonać, iż jest niewinny.
- W końcu razem pojechaliśmy do stacji obsługi traktorów, gdzie byli wszyscy traktorzyści. Łukaszenka został w samochodzie, ja poszedłem do ludzi. I okazało się, że Łukaszenka bił wcześniej aż 8 z 12 traktorzystów - opowiada Gulajeu.
Przyparty do muru Łukaszenka ze łzami w oczach tłumaczył: - Tyle dobrego dla tych ludzi zrobiłem, a oni pamiętają tylko, że komuś kiedyś przyłożyłem.
- Wtedy zrozumiałem, jak niebezpieczny jest ten człowiek. Patrzy prosto w oczy i kłamie tak, że zaczynasz mu wierzyć - mówi Gulajeu. Ta cecha stanie się jedną z wizytówek prezydenta Białorusi.
Parlament albo więzienie Przed więzieniem Łukaszenkę uratowały wybory. Wystawił swoją kandydaturę do Rady Najwyższej socjalistycznej republiki Białorusi i wygrał. Sprawa karna została szybko umorzona.
W parlamencie Łukaszenka był jednym z najbardziej aktywnych deputowanych. Sławę przyniosło mu stanowisko szefa komisji ds. walki z korupcją. - Rzucał oskarżenia, wymieniał nazwiska urzędników, podawał liczby... To robiło wrażenie. Jednak żaden z oskarżonych przez niego ludzi nie został nigdy pociągnięty do odpowiedzialności. To był tylko czarny PR, chodziło o zdobycie popularności - uważa Anatol Labiedźka, obecnie jeden z liderów białoruskiej opozycji, a wtedy deputowany Rady Najwyższej.
Zwykli ludzie widzieli jednak w Łukaszence człowieka, który samotnie walczy z przeżartą korupcją nomenklaturą, i to w trudnym dla Białorusinów okresie po upadku ZSRR. A on doskonale wyczuwał nastroje polityczne. Na początku kariery ocierał się więc o demokratyczny Białoruski Front Narodowy (BNF), a kiedy w społeczeństwie zaczęły rosnąć sentymenty za czasami Związku Radzieckiego, natychmiast dołączył do krytyków opartej na zachodnich wzorcach demokracji, nawołujących do odbudowy ZSRR.
- Ten człowiek nie ma żadnej ideologii. Może być białym, może być czerwonym, może być z Rosją, może być z Zachodem. Interesuje go tylko władza i jej umacnianie - twierdzi Stanisłau Szuszkiewicz, pierwszy przywódca niepodległej Białorusi.
Przełomowy i dla Łukaszenki, i dla kraju okazał się rok 1994. W pierwszych powszechnych wyborach prezydenckich nieoczekiwanie zwyciężył 39-letni były kierownik kołchozu Garadziec. Pobił i premiera Wiaczesława Kiebicza, i popieranego przez największą partię BNF lidera opozycji Zianona Paźniaka. I to jak - w drugiej turze Łukaszenka dostaje 80,34 proc. głosów, miażdżąc Kiebicza.
Na początek krowa Nowy prezydent metody z kołchozu przeniósł na rządzenie państwem. Zaczęło się zresztą od osobistej krowy Łukaszenki o imieniu Miłka. Do wsi Ryżkowicze, gdzie prezydent miał dom, ruszyli fotoreporterzy i w gazetach szybko ukazały się zdjęcia Miłki z ironicznymi komentarzami.