http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak Franak Wiaczorka walczył w białoruskiej armii

Zdzisław Wolniarowicz
2010-12-19, ostatnia aktualizacja 2010-12-16 14:05

Listopad 2010. Franak w cywilu
Listopad 2010. Franak w cywilu
Fot. Nastaczka Kazapienka

Wytrzymałem to wszystko, bo miałem wsparcie. Pisały o mnie gazety w Polsce, codziennie dostawałem po 100-150 listów z Europy i Ameryki

Franek Wiaczorka
Fot.Andruś Kreczka
Franek Wiaczorka
Wiaczorka rozlepia swoje plakaty wyborcze
Fot.Yuliya Visznevetskaja
Wiaczorka rozlepia swoje plakaty wyborcze
Wiaczorka pod opieką przełożonego
Fot.Yuliya Visznevetskaja
Wiaczorka pod opieką przełożonego
Słynny kibel w koszarach Franaka
Fot. Franak Viaczorka
Słynny kibel w koszarach Franaka
Za trzy dni u was wybory. Idziesz?

- Kupiłem śpiwór, namiot, ciepłą odzież, jedzenie. Idę na Płoszczę. Przeciwko Łukaszence. Coś się dzieje nowego. Widziałem na przykład, jak starsi ludzie zaatakowali w Mińsku jego ekipę agitacyjną. Tamci porzucili stoisko i uciekli. Ale większość ludzi w ogóle nie chce iść głosować, mówią, że wybory znów będą sfałszowane. Zresztą... wszystko już wiadomo. Mamy teraz na Białorusi nową gwiazdę: małego Kolę, syna Łukaszenki. Ma siedem lat, chodzi w małym generalskim mundurze i salutuje generałom. Jak zapytali Łukaszenkę, kto będzie jego następcą, powiedział: Kola.

Włosy ci odrosły, już nie wyglądasz na szeregowca Wiaczorkę.

- Szybko rosną. Jak mnie strzygli na pałę gdzieś w Baranowiczach, czułem w kieszeni klucz do mieszkania mojej dziewczyny: była zamknięta, nie wiedziała, gdzie się podziałem, rodzice też nie, bo cztery godziny wcześniej wyszedłem tylko po chleb. Kiedy potem kazali mi założyć mundur, myślałem, że tylko na tydzień, dwa i zaraz się wyjaśni, że z moim zdrowiem nie nadaję się do wojska, wrócę do domu.

Co ci jest?

- Od urodzenia mam chore serce. Wielu chłopaków na Białorusi ma takie dolegliwości, podobno to efekt Czarnobyla. Kłopoty z sercem i ciśnieniem. Rok chodziłem na komisję wojskową, orzekli: niezdolny. Ale nagle zmienili przepisy i orzekli, że z takim ciśnieniem już nadaję się do armii. Odwołałem się. Milicjanci wyłamali drzwi i zabrali mnie do głównego szpitala wojskowego, gdzie leczą się generałowie i pułkownicy, no i Franak Wiaczorka, który nawet nie był żołnierzem. Potem między szpitalem a komendą wojskową wozili mnie złotym lexusem tacy panowie w supergarniturach.

Co to za faceci?

- Pytałem: "Wy z KGB?". "Nie, wyżej!". "Służba bezpieczeństwa?". "Może być" - śmiali się. Badania się jeszcze nie skończyły, a oni wpadli do mojego pokoju na kardiologii. Taki wysoki w skórzanej kurtce wyrywa mi komórkę, akurat rozmawiałem z ojcem. Tata jeszcze słyszał, jak mnie biją, pięściami walą po kręgosłupie. Wykręcili ręce i zawieźli do komisariatu wojskowego, tam dostałem bilet do wojska i dziesięć dni, żeby się przygotować.

Zaskarżyłem wszystko w sądzie. Wyznaczyli rozprawę na luty, ale 20 stycznia zadzwoniła milicja, że sąd już się odbył beze mnie i idę do wojska. Zamieszkałem u dziewczyny, bo pod moim domem noc i dzień czekała milicja. Blok dziewczyny namierzyli pewnie przez moją komórkę. Ale nie wiedzieli, które mieszkanie. Wyszedłem po chleb i "Sowiecką Białoruś", miał się ukazać paszkwil o mnie. Napisali, że Wiaczorka i opozycja nie chcą służyć w białoruskiej armii. Zgarnęli mnie do minivana z ciemnymi szybami. Wszystko filmowała telewizja, nawet w samochodzie. Trzy samochody milicyjne konwojowały mnie do komendy wojskowej.

Znamy się od paru lat. Od czasów, gdy byłeś jeszcze licealistą w podziemnym - uczącym po białorusku - liceum w Mińsku. Nie wiedziałem, Franak, że jesteś teraz taki ważny.

- Ja też nie. W komendzie czekała telewizja, pułkownik i podpułkownicy. Odczytali, że jestem wcielony do wojska. W korytarzu, gdzie już kamer nie było, przewrócili mnie na podłogę i skopali. Wykręcili ręce do tyłu, skuli kajdankami i władowali do samochodu wojskowego.

Mój tata napisał skargę do prokuratury wojskowej. Zrobili mi obdukcję, sfotografowali siniaki na plecach i nogach. Protokół miał 150 stron. Po dwóch miesiącach orzekli, że pobór do wojska był zgodny z prawem i nie pobiło mnie wojsko, tylko ktoś inny, ale nie wiadomo kto. A ten minivan z czarnymi szybami już w 1998 roku został wyrejestrowany i nie ma go w żadnej ewidencji. Ale okazało się, że prokuratura wojskowa jest jedyną instytucją jakoś niezależną od władzy i przez cały mój pobyt w wojsku reagowali na moje skargi.

Na co się skarżyłeś?

- Na wszystko, walczyłem z białoruską armią na wszystkich frontach. Bo uważam, że to nie nasza armia, tylko jakaś przystawka armii rosyjskiej. Na klamrach od paska sierp i młot, na guzikach i czapce gwiazda.

Skąd to?

- Zapasy poradzieckie. Nie ma pieniędzy na nowe. A przecież armia otrzymuje 600 mln dolarów rocznie, a milicja i KGB tylko trochę mniej. Buty takie jak u czerwonoarmistów, niewygodne, zimne, chyba na całym świecie już tylko białoruskie wojsko nosi onuce. Mundury są albo wzorowane na sowieckich, albo rosyjskie. Wielu dowódców, generałów to Rosjanie. Białoruska armia to nie miejsce dla prawdziwego Białorusina. Przez 15 miesięcy nie czułem ani razu, że bronię Białorusi. Na początku służby dostałem nawet karę za używanie języka białoruskiego. Skrócili mi urlop o połowę, bo na warcie zamiast komendy po rosyjsku smirno (baczność) mówiłem po białorusku zważaj. Powiedzieli, że w naszej armii regulaminy są tylko po rosyjsku i tak trzeba meldować. "Jak będziesz mówił zważaj, to oddamy sprawę do prokuratury za niewykonanie rozkazu dowódcy". Złożyłem skargę, bo jako obywatel Białorusi mam prawo mówić w jednym z oficjalnych państwowych języków. A są dwa: białoruski i rosyjski. Prokuratura przyznała mi rację i napisali do ministerstwa, żeby opracować regulaminy wojskowe także w wersji białoruskiej. Pamiętam, cały batalion jak zwykle ogląda obowiązkowe wieczorne wiadomości, a tam prezentacja białoruskojęzycznego regulaminu wojskowego. Żołnierze chwalili: no, Wiaczorka, mołodiec.

Z czym jeszcze walczyłeś?

- Jak przyjechałem do jednostki, zobaczyłem, że w ogóle nie działają spłuczki w ubikacjach. Trzeba było lecieć po wiadro. A dziady, czyli żołnierze stojący najwyżej w falowej hierarchii, uczyli młodych, że trzeba srać prosto do dziury. Napisałem o tym w internecie i spłuczki zaczęły działać. To było moje pierwsze zwycięstwo w armii. Do służb sanitarnych napisałem skargę na fatalne warunki w koszarach. Nie ma ciepłej wody, tylko raz w tygodniu: gorący prysznic, kostka mydła dziecięcego i czysta bielizna. A raz na miesiąc 50 metrów żołnierskiego papieru toaletowego w opakowaniu maskującym. Ubikacje straszne, jak w więzieniu. Zimą przeżyliśmy dwie epidemie. Najpierw świńska grypa sparaliżowała całą jednostkę, a po miesiącu wylądowaliśmy ze świerzbem w szpitalu wenerologicznym. Napisałem do mediów i do internetu, że to skandal, bo mamy XXI wiek, a połowa batalionu jęczy i się drapie. Za to pisanie dostałem pierwszych siedem karnych służb całodobowych. Ciągle miałem kary, właściwie przez 15 miesięcy wojska czyściłem kible. W nocy na warcie z nudów zaglądasz w różne zakamarki i w jakieś zapomnianej beczce znalazłem chlor. To był mój sekret. Wszystkie ubikacje zasypywałem nim obficie. Pachniało, aż oczy bolały. Aż chorążowie chwalili: Wiaczorka wie, jak umyć kible, zapytajcie Wiaczorkę, jak się to robi. Kiedy przyjechał do nas generał i minister obrony, rozpyliłem moją wodę po goleniu. Generał szedł, a koszary pachniały po francusku. Byłem głównym specjalistą od higieny.

Gdzie służyłeś?

- Wysłali mnie do Mozyra, aż pod ukraińską granicę. Daleko od Mińska i trudno dojechać. 24 lata Mozyr leżał w zonie czarnobylskiej, ale w lutym władze nie wiadomo dlaczego uznały, że Mozyr jest już czysty. To dyscyplinarna jednostka wojsk przeciwlotniczych. Taki batalion-poprawczak. Żołnierze mówią dysbat, dyscyplinarny batalion. Wszystkich złych żołnierzy przerzucano do nas. Niby zakazywali fali, ale nasz ideolog - a jednocześnie psycholog batalionu - posługiwali się falą, żeby kontrolować żołnierzy. Mówili falowemu dziadkowi: przynieść nam komórkę Wiaczorki albo wszyscy pójdziecie pod sąd. Bo na każdego coś mieli, ten popił na służbie i wiszą nad nim dwa lata więzienia, tamtego złapali na samowolce. Na szczęście żołnierze mnie lubili i kombinowaliśmy, na przykład dawaliśmy stary, zepsuty telefon.

Źródło: Duży Format
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    54 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':