A jeszcze w niedzielę premier nie miał większości w Izbie Deputowanych, zaś opozycja już gotowała się do rozmów o nowym rządzie lub przedterminowych wyborów. Jednak 74-letni premier znów przechytrzył przeciwników i wygrał wczoraj 314 głosami, przy 311 głosach sprzeciwu i dwóch wstrzymujących się. Zaważyło m.in. troje członków ugrupowania szefa parlamentu Gianfranca Finiego, którzy w ostatniej chwili zmienili front i - choć na sali omal nie doszło do bijatyki z tego powodu - nie zagłosowali przeciw premierowi.
- Jestem Jezusem Chrystusem włoskiej polityki - obwieścił kiedyś Berlusconi. Dlatego krytycy do dziś kpiąco nazywają "nawróconymi" polityków przechodzących do jego obozu, ale jednocześnie podejrzewają, że natura tych transferów jest mało duchowa.
Rzymska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie doniesień, że głosowanie opozycjonistów za rządem mogło być wynagradzane wartymi co najmniej 300 tys. euro kontraktami na "doradztwo" dla krewnych posłów. Po parlamencie krążyły też wczoraj pogłoski, że jedna z posłanej ugięła się przed groźbami, że fiskus dobierze się do jej firmy.
- To oszczerstwa. Nie potrafią pogodzić się z porażką - odpowiadali obrońcy premiera.
Rozłamowa partia Finiego, który rozstał się z premierem po w dużej mierze personalnym sporze z lata tego roku, zarzuca Berlusconiemu zapędy autorytarne wobec posłów koalicji, prywatę przy uchwalaniu praw chroniących go przed procesami korupcyjnymi oraz kompromitowanie wizerunku Włoch.
Istotnie relacje medialne o premierze coraz bardziej przypominają mieszankę "Żywotów cezarów" Swetoniusza, czyli pełnych gorszących opowieści z życia rzymskich władców z nasyconymi erotyką telenowelami, którymi telewizje Berlusconiego podbijały rynek w latach 80. i 90.
Tylko w ostatnich dwóch miesiącach Włosi dowiedzieli się o "biesiadach bunga-bunga" w domu premiera (przedstawiał tam 17-letnią tancerkę jako córkę prezydenta Egiptu i wyciągał ją z aresztu, kiedy zatrzymano ją pod zarzutem kradzieży); podejrzeniach amerykańskich dyplomatów (z depesz
Wikileaks), że Berlusconi czerpie osobiste korzyści z bliskich kontaktów z Kremlem, oraz o nowych poszlakach, że jego otoczenie mogło w przeszłości opłacać się mafii.
- Tylko we Włoszech rząd może ostać się pomimo tak wielkich oskarżeń - mówił wczoraj jeden z lewicowych przywódców opozycji Antonio Di Pietro. Jego frustrację potęgowały sondaże pokazujące, że koalicja premiera Berlusconiego miałaby spore szanse na wygraną w ewentualnych przedterminowych wyborach. Po głosowaniu na ulicach Rzymu doszło do gwałtownych manifestacji zwolenników i przeciwników rządu, w których ok. 20 demonstrantów zostało rannych. Podpalano
samochody, w stronę policjantów poleciały kamienie.
- Czy jestem wierny? Oczywiście! Ale tylko czasami! - dowcipkuje Berlusconi (w trakcie rozwodu), który - jak tłumaczy publicysta Beppe Severgnini - świetnie gra ze elektoratem swym wizerunkiem jako jednego ze zwykłych Włochów z ich zaletami i wadami. "Rano powychwalać
Kościół, w południe nacieszyć się rodziną, a wieczorem sprowadzić do domu dziewczynę. Albo kilka" - pisze Severgnini.
Berlusconiemu bardzo pomaga brak sprawnej opozycji, poparcie wielu biskupów pokornie kryjących zgorszenie jego obyczajowymi wyskokami (premier m.in. strzeże dość restrykcyjnej ustawy o in vitro, blokuje legalizację związków gejowskich) oraz antykomunistyczne sentymenty wielu wyborców pamiętających czerwoną przeszłość niektórym działaczom dzisiejszej centrolewicy.
Ponadto
Włochy z obecnym kryzysem gospodarczym radzą sobie dość dobrze, choć w ostatniej dekadzie rozwijały się wolniej od sąsiadów. Pomimo burzliwych protestów ulicznych rząd przepchnął cięcia budżetowe, a Giulio Tremonti uchodzi teraz za jednego z najbardziej kompetentnych ministrów finansów w strefie euro.
- Premiera osłabiają nie tyle historie obyczajowe czy kolejne doniesienia o podejrzeniach korupcyjnych, lecz wojna domowa na prawicy. Jej zjednoczenie było wielkim sukcesem, który teraz się sypie - tłumaczy socjolog Maurizo Pessato. Wprawdzie Berlusconi wygrał jedną bitwę z centrolewicą i byłym postfaszystą Gianfranco Finim, który wyrósł w ostatnich latach na głównego rzecznika umiarkowanego konserwatyzmu we Włoszech, ale znikoma przewaga wróży kolejne kryzysy.
- Nikt nie zagwarantuje, że nie będziemy za miesiąc emocjonować się podobnym głosowaniem. Myślę, że i tak zbliżamy się do przyspieszonych wyborów w 2011 r. [obecna kadencja kończy się w 2013 r.] Premier ocalał, ale nadal słabnie - twierdzi Marco Castelnuovo z "La Stampy".
Zdaniem części komentatorów nawet niesiony wygraną Berlusconi może zacząć wkrótce forsować nowe wybory - dzięki sprzyjającej dużym partiom ordynacji mógłby wyeliminować opozycyjną drobnicę na prawicy. O dość szybkich wyborach marzy koalicyjna Liga Północna, która liczy na znaczne poprawienie wyniku z 2008 r. m.in. dzięki wzrostowi nastrojów antyimigranckich na włoskiej Północy.