O spotkanie zwróciły się do premiera listownie rodziny 37 ofiar, m.in. dowódców wojskowych - Andrzeja Błasika, Franciszka Gągora, parlamentarzystów
PiS - Grażyny Gęsickiej, Przemysława Gosiewskiego, Aleksandry Natalli-Świat, Krzysztofa Putry, Zbigniewa Wassermanna, współpracowników prezydenta Kaczyńskiego - Sławomira Skrzypka, Aleksandra Szczygły, rzecznika praw obywatelskich - Janusza Kochanowskiego, prezesa
IPN - Janusza Kurtyki.
Pierwsze spotkanie w kancelarii - 10 listopada - trwało ponad sześć godzin.
- Idzie ciężko, mimo że obie strony się starają. Moja nadzieja rośnie, bo jest duża przychylność ze strony rządu - komentowała wtedy rozmowy Małgorzata Wassermann, córka posła.
W sobotę spotkanie z premierem i ministrami kontynuowano. Tym razem Wassermann demonstracyjnie wyszła.
- To była kpina - komentowała. - Premier zachował się skandalicznie. Wygłaszał exposé, nie odpowiadał na nasze merytoryczne pytania, nie uzyskałam żadnych odpowiedzi - mówiła.
Spotkanie opuściła też Ewa Kochanowska, wdowa po rzeczniku praw obywatelskich Januszu Kochanowskim.
- Tusk mówił na okrągło i starał się omijać niewygodne pytania. Jestem bardzo niezadowolona - relacjonowała. Potem okazało się, że to spór wokół wypowiedzi Kochanowskiej "zwarzył" sobotnie spotkanie.
- W czasie wysłuchania publicznego w Brukseli, po wystąpieniu mojej córki, europoseł, były litewski przywódca Vytautas Landsbergis powiedział do niej: "Pani życie jest zagrożone, proszę uważać, jadąc samochodem". Zapytałam premiera: Czy taka sytuacja jest możliwa? Wtedy usłyszałam, że moje pytanie jest bezczelne - opowiadała dziennikarzom Kochanowska.
Czy premier użył słowa "bezczelne" i czy na pewno odniósł się tak wprost do wypowiedzi Kochanowskiej?
Tak uważa część rodzin obecnych na spotkaniu. Nie wszystkie. Paweł Deresz: - Była dosyć ostra dyskusja, raczej ze strony rodzin, a nie premiera Tuska.
Zdaniem Deresza premier nie powiedział, że pytanie Kochanowskiej jest bezczelne.
Rzecznik rządu Paweł Graś wczoraj w Radiu ZET relacjonował: - Premier zareagował bardzo burzliwie na wypowiedź pani Kochanowskiej i się nie dziwię. Ewa Kochanowska de facto zapytała, czy ona może czuć się bezpieczna, jak głośno mówi o katastrofie smoleńskiej, bo obawia się zamachu na swoje życie. Tak można jej wypowiedź skrócić. To znaczy pytała: "Panie premierze, czy pan wydał rozkaz zamordowania mnie i tych, którzy śmią zadawać głośne pytania o Smoleńsk?". To jest bezczelność, trudno to inaczej nazwać.
Graś dodaje: - To słowo ["bezczelne"] się pojawiło, ale nie było skierowane bezpośrednio do pani Kochanowskiej, tylko dotyczyło tego typu zarzutów i postulatów. Trzeba brednie i oskarżenia wygłaszane w różnych miejscach pod adresem rządu i premiera nazywać po imieniu.
Według Grasia tylko trzy osoby zaburzyły sobotnie spotkanie. - Z innymi dyskusja toczyła się zupełnie spokojnie i normalnie - mówił w Radiu ZET.
Trzecią niezadowoloną była wdowa po Przemysławie Gosiewskim Beata.
- To była strata czasu i próba ośmieszania rodzin - komentowała. - Premier chciał wykpić nasze pytania, posądzał nas o obłudne insynuacje. Pokazał brak kultury.
W wersji Gosiewskiej premier obraził Ewę Kochanowską, zarzucając jej "obłudną insynuację", a nie "bezczelne pytanie".
Członkowie PiS zażądali ujawnienia stenogramów rozmowy w kancelarii premiera.
Rozmowy w sobotę trwały około trzech godzin. Potem większość rodzin przeszła do Belwederu na spotkanie opłatkowe z prezydentem Bronisławem Komorowski i jego żoną Anną.
Paweł Deresz mówił potem, że w Belwederze panowała "niezwykle serdeczna, rodzinna atmosfera". - Szkoda, że zabrakło kilku rodzin. Myślę o paniach Kochanowskiej, Wassermann i Gosiewskiej, które zupełnie niepotrzebnie, zamiast się z nami łączyć, robią wszystko, byśmy byli podzieleni - mówił.
Ani w listopadzie, ani w sobotę w spotkaniach z premierem nie brał udziału prezes PiS
Jarosław Kaczyński. W wywiadzie dla "Newsweeka" (wydanie amerykańskie z tego weekendu) powtórzył tezę, którą stawia od przegranych wyborów prezydenckich: "Gdyby Polska miała normalny system polityczny, Komorowski i Tusk musieliby ustąpić. Ich moralna i polityczna odpowiedzialność za tę katastrofę jest oczywista".