http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Nerwy u premiera. Poszło o słowo ''bezczelność''

Bogdan Wróblewski, pap
2010-12-13, ostatnia aktualizacja 2010-12-13 20:54

Pęknięcie wśród rodzin smoleńskich po spotkaniu z premierem Donaldem Tuskiem. Poszło o słowa. Małgorzata Wassermann i Ewa Kochanowska w proteście opuściły sobotnie spotkanie.

Małgorzata Wassermann
Fot. Mateusz Skwarczek / AG
Małgorzata Wassermann
SONDAŻ
Teza, że Donald Tusk (poprzez swoje służby) może eliminować członków nieposłusznych rodzin ofiar katastrofy pod Smoleńskiem

wymaga oprotestowania, jako oskarżenie graniczące z szaleństwem
to tylko teza, ale w tym kraju wszystko jest możliwe

O spotkanie zwróciły się do premiera listownie rodziny 37 ofiar, m.in. dowódców wojskowych - Andrzeja Błasika, Franciszka Gągora, parlamentarzystów PiS - Grażyny Gęsickiej, Przemysława Gosiewskiego, Aleksandry Natalli-Świat, Krzysztofa Putry, Zbigniewa Wassermanna, współpracowników prezydenta Kaczyńskiego - Sławomira Skrzypka, Aleksandra Szczygły, rzecznika praw obywatelskich - Janusza Kochanowskiego, prezesa IPN - Janusza Kurtyki.

Pierwsze spotkanie w kancelarii - 10 listopada - trwało ponad sześć godzin.

- Idzie ciężko, mimo że obie strony się starają. Moja nadzieja rośnie, bo jest duża przychylność ze strony rządu - komentowała wtedy rozmowy Małgorzata Wassermann, córka posła.

W sobotę spotkanie z premierem i ministrami kontynuowano. Tym razem Wassermann demonstracyjnie wyszła.

- To była kpina - komentowała. - Premier zachował się skandalicznie. Wygłaszał exposé, nie odpowiadał na nasze merytoryczne pytania, nie uzyskałam żadnych odpowiedzi - mówiła.

Spotkanie opuściła też Ewa Kochanowska, wdowa po rzeczniku praw obywatelskich Januszu Kochanowskim.

- Tusk mówił na okrągło i starał się omijać niewygodne pytania. Jestem bardzo niezadowolona - relacjonowała. Potem okazało się, że to spór wokół wypowiedzi Kochanowskiej "zwarzył" sobotnie spotkanie.

- W czasie wysłuchania publicznego w Brukseli, po wystąpieniu mojej córki, europoseł, były litewski przywódca Vytautas Landsbergis powiedział do niej: "Pani życie jest zagrożone, proszę uważać, jadąc samochodem". Zapytałam premiera: Czy taka sytuacja jest możliwa? Wtedy usłyszałam, że moje pytanie jest bezczelne - opowiadała dziennikarzom Kochanowska.

Czy premier użył słowa "bezczelne" i czy na pewno odniósł się tak wprost do wypowiedzi Kochanowskiej?

Tak uważa część rodzin obecnych na spotkaniu. Nie wszystkie. Paweł Deresz: - Była dosyć ostra dyskusja, raczej ze strony rodzin, a nie premiera Tuska.

Zdaniem Deresza premier nie powiedział, że pytanie Kochanowskiej jest bezczelne.

Rzecznik rządu Paweł Graś wczoraj w Radiu ZET relacjonował: - Premier zareagował bardzo burzliwie na wypowiedź pani Kochanowskiej i się nie dziwię. Ewa Kochanowska de facto zapytała, czy ona może czuć się bezpieczna, jak głośno mówi o katastrofie smoleńskiej, bo obawia się zamachu na swoje życie. Tak można jej wypowiedź skrócić. To znaczy pytała: "Panie premierze, czy pan wydał rozkaz zamordowania mnie i tych, którzy śmią zadawać głośne pytania o Smoleńsk?". To jest bezczelność, trudno to inaczej nazwać.

Graś dodaje: - To słowo ["bezczelne"] się pojawiło, ale nie było skierowane bezpośrednio do pani Kochanowskiej, tylko dotyczyło tego typu zarzutów i postulatów. Trzeba brednie i oskarżenia wygłaszane w różnych miejscach pod adresem rządu i premiera nazywać po imieniu.

Według Grasia tylko trzy osoby zaburzyły sobotnie spotkanie. - Z innymi dyskusja toczyła się zupełnie spokojnie i normalnie - mówił w Radiu ZET.

Trzecią niezadowoloną była wdowa po Przemysławie Gosiewskim Beata.

- To była strata czasu i próba ośmieszania rodzin - komentowała. - Premier chciał wykpić nasze pytania, posądzał nas o obłudne insynuacje. Pokazał brak kultury.

W wersji Gosiewskiej premier obraził Ewę Kochanowską, zarzucając jej "obłudną insynuację", a nie "bezczelne pytanie".

Członkowie PiS zażądali ujawnienia stenogramów rozmowy w kancelarii premiera.

Rozmowy w sobotę trwały około trzech godzin. Potem większość rodzin przeszła do Belwederu na spotkanie opłatkowe z prezydentem Bronisławem Komorowski i jego żoną Anną.

Paweł Deresz mówił potem, że w Belwederze panowała "niezwykle serdeczna, rodzinna atmosfera". - Szkoda, że zabrakło kilku rodzin. Myślę o paniach Kochanowskiej, Wassermann i Gosiewskiej, które zupełnie niepotrzebnie, zamiast się z nami łączyć, robią wszystko, byśmy byli podzieleni - mówił.

Ani w listopadzie, ani w sobotę w spotkaniach z premierem nie brał udziału prezes PiS Jarosław Kaczyński. W wywiadzie dla "Newsweeka" (wydanie amerykańskie z tego weekendu) powtórzył tezę, którą stawia od przegranych wyborów prezydenckich: "Gdyby Polska miała normalny system polityczny, Komorowski i Tusk musieliby ustąpić. Ich moralna i polityczna odpowiedzialność za tę katastrofę jest oczywista".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 76 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    52 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':