Nie wiadomo zatem, czy Dai Bingguo, doradca rządu w Pekinie, odwiódł władcę Korei Północnej od nowych prowokacji. W listopadzie Północ ostrzelała południowokoreańską wyspę na Morzu Żółtym, gwałtownie podnosząc napięcie w regionie. Kilka dni wcześniej Północ ujawniła, że ma nowoczesną fabrykę wzbogacania uranu.
Chiny, jedyny sponsor i sojusznik Pjongjangu, oficjalnie nie potępiły Korei Północnej i mimo nacisków Zachodu nie robiły dotąd nic, by powstrzymać Kima. - Za każdym razem gdy coś się dzieje w Korei Północnej, próbuje się zrzucać odpowiedzialność na Chiny - mówi tokijskiemu dziennikowi "Asahi Shimbun" chiński ambasador w Tokio Cheng Yonghua. - To, że Chiny mają dobre stosunki z Koreą Północną, nie oznacza jeszcze, by Pjongjang słuchał Pekinu. Ambasador przypomniał też, że Chiny kierują się zasadą nieingerencji.
Amerykanie, którzy boją się wybuchu wojny na Półwyspie Koreańskim, tracą cierpliwość. Chiny skrytykował wczoraj przewodniczący kolegium szefów sztabów armii
USA admirał Mike Mullen: Pozwalając sojusznikowi na lekkomyślne zachowanie, Pekin nie odgrywa roli odpowiedzialnego przywództwa .Obwinił też Chiny za to, że robią zbyt mało, by rozładować napięcie na Półwyspie Koreańskim. To zachowanie admirał nazwał krótkowzrocznym.
Od ataku na południowokoreańską wyspę USA wzięły już dwukrotnie udział we wspólnych manewrach morskich - raz z Koreą Południową i raz z Japonią. Teraz próbują doprowadzić do zbliżenia między Japonią a Koreą Południową, co jest trudne ze względu na resentymenty historyczne między tymi krajami.
W środę w Seulu admirał Mullen wyraził nadzieję, że
Japonia weźmie udział we wspólnych manewrach z Koreą Południową i USA. Jednocześnie wezwał Seul do powściągliwości - niedawno
Korea Południowa zagroziła, że na nową prowokację Północy odpowie zbrojnie.
.