Ta książka to prawdziwy alternatywny prezent pod choinkę, mało którego wydawnictwa lektura przyniosła mi ostatnio tyle satysfakcji. Prezent pod punkową choinkę, choinkę zbuntowaną przeciw kulturze masowej, choinkę pragnącą tu jakiejś nowej muzycznej rewolucji, która zmyje cały ten plastikowy szlam zalewający polskie stacje radiowe i telewizyjne, cały ten wielki światowy handel tandetą.
Mówię o albumie "Generacja" zbierającym archiwalne zdjęcia z czasów heroicznych i partyzanckich polskiego punka, z początku lat 80. mianowicie. Album ukazał się dosłownie przed chwilą, wydał go krakowski Ha!art i pokazuje zdjęcia wykonane przez Roberta Wasążnika, wzbogacone tekstami Roberta Jarosza, skrupulatnym kalendarium oraz wypowiedziami bohaterów tamtych czasów, dziś prawdziwych legend, no bo czy Robert Brylewski, Tomek Lipiński, Krzysztof Grabowski, Tomek Świtalski i Maciej "Magura" Góralski to nie są legendy polskiej kultury? Nie punk rocka, nie muzyki, ale właśnie kultury. Piszę to z patosem, ale "tu trzeba patosu", bo polski punk był jednak zjawiskiem niezwykłym, pionierskim, rodzącym się w skrajnie niesprzyjających warunkach stanu wojennego, w sytuacji doprawdy o wiele bardziej opresyjnej niż angielski punk w czasach Margaret Thatcher. Polski Dezerter był antysystemowy, tak jak antysystemowy był angielski The Clash, ale powiedzmy sobie szczerze - to jednak były zupełnie inne systemy, a bunty angielskich górników to nie był dramat kopalni "Wujek".
Mam w domu jeden angielski album o podobnej tematyce, teraz go sobie z "Generacją" porównuję, oglądam w brytyjskim wydawnictwie zdjęcia np. Sida Viciousa, Siouxsie Sioux, zespołu The Clash i zestawiam to sobie ze zdjęciami z krakowskiej książki - Dezertera, TZN Xenny, Brygady Kryzys - to główni bohaterowie tego wydawnictwa.
I cóż czuję, jak oglądam te zdjęcia? Otóż czuję wzruszenie. Nie dlatego wcale, że miałem coś wspólnego z tamtymi załogami, że mam stosunek do tego sentymentalny, powiedzmy sobie szczerze - kiedy tamte pionierskie załogi ruszały do Jarocina, to ja byłem gówniarzem słuchającym z emocjami listy przebojów "Trójki", załapałem się na to dopiero od połowy lat 80., bodajże w drugiej klasie liceum, w słynnym roku 1984. Załapałem się naturalnie za pomocą magnetofonu Kasprzak i klubu Remont w Warszawie. Ale powiem znów patetycznie, choć radośnie - gdybym się wtedy nie załapał, to byłbym dziś pewnie kimś innym, nie jest wykluczone, że byłbym sympatycznym mułem, który najbardziej lubi słuchać piosenki zespołu Feel z telewizyjnej reklamy kredytu hipotecznego. Tak, gdybym nie poszedł do pewnego katolickiego liceum i nie spotkał tam ludzi, którzy akurat takiej, mało raczej katolickiej muzyki słuchali, dziś na pewno nie byłbym kimś, kto przegląda ze wzruszeniem album "Generacja", raczej z emocjami przeglądałbym doniesienia z planu najnowszej edycji "Tańca z gwiazdami".
Wzruszenie czuję, patrząc na utrwaloną na zdjęciach Wasążnika siermiężność tamtych czasów, na koszulki samoróbki z wypisanymi flamastrami nazwami angielskich zespołów, na obuwie, jak mniemam, firmy Polsport, na wojskowe glany, zwane wtedy "zającami" chyba, jakie sam sprawiłem sobie w słynnym warszawskim pawilonie Chemia na Brackiej - czemu sprzedawali tam wojskowe buty, doprawdy niewyjaśniona to tajemnica. Angielscy punkowcy wyglądali bardziej światowo, modnie, wystylizowanie, mieli odpowiednie sklepy z odzieżą dla siebie, polscy wyglądali jak PRL - marniej, ale prawdziwiej.
Zauważam jakieś wzmożone zainteresowanie tamtymi czasami, wszak "Generacja" nie jest wyjątkowym i samotnym wydawnictwem, przecież przed chwilą ukazała się książka Krzysztofa Grabowskiego, autora tekstów Dezertera i perkusisty tego zespołu pod tytułem "Dezerter - poroniona generacja?", też o tamtych czasach heroicznych w dużej mierze traktująca. Był przecież przed chwilą dokument "Beats of Freedom", w pewnym sensie należałoby dorzucić do tego fundamentalne dzieło Kamila Sipowicza o polskich hipisach, choć o dawniejszych nieco czasach opowiada, to przecież też chce dać świadectwo, że PRL to nie tylko festiwale w Opolu, Sopocie, Zielonej Górze i Kołobrzegu.
Pojawia się więc zasadne pytanie: dlaczego znów interesujemy się tamtymi czasami? Moja odpowiedź brzmi: bo obecne czasy stają się nie do zniesienia. Gdyby nie było nastroju na takie książki, to pewnie by się nie ukazały, tęsknimy przecież, nawet jeśli podskórnie, za jakąś wielką zmianą. Jaka ona będzie - nikt nie wie, ale lepiej, żeby jednak była. Niech się pojawi kolejna poroniona generacja, ale niech jakaś ona przynajmniej będzie.
Nie chcę tu wcale powiedzieć, że czasy schyłkowego Gierka i generała Jaruzelskiego były przyjemniejsze, o nie, ale dawały, jak to czasy opresji, podkład pod bunt artystyczny, kultura w czasach kryzysu zawsze się piękniej rozwija, czasy bezmyślności sprzyjają twórczej gnuśności, z paradoksalną nadzieją oczekuję zatem tego zapowiadanego globalnego kryzysu ekonomicznego, bezrobocia i frustracji młodych ludzi, naturalnie z nadzieją, że frustrację tę przełożą na sztukę.
Owszem, tamten bunt to był bunt zapożyczony, importowany, ale wcale przez to nie mniej autentyczny, bunt, który trafił na dobre podłoże. Wiadomo, nie była to rzecz masowa, większość narodu raczej nadal słuchała Budki Suflera, do dzisiaj Budka Suflera i Bajm sprzedają tysiąc razy więcej płyt niż wciąż nagrywający Dezerter. Tyle że dziś potencjał buntu się chyba wyczerpał, opresja jakby jest bardziej znośna, bezpieczniejsza, rozleniwiająca. Po co się napinać, tworzyć coś wbrew wszystkim, skoro można przeskoczyć na inną stronę w internecie i coś sobie z niej ściągnąć?
Wypowiedzi bohaterów tamtych czasów zawarte w "Generacji" to jest w ogóle kapitalny materiał historyczny, to jest prawdziwa Pamięć Narodowa, dokument zupełnie bezcenny. Pokazuje stosunek tych bardzo młodych wtedy przecież chłopaków, a teraz panów 50-letnich, do otaczającej ich wówczas rzeczywistości, do peerelowskiej popkultury, do tamtego show-biznesu spod znaku Lombardu i Perfectu (ciekawe, że głównym negatywnym bohaterem tamtych czasów czynią oni Zbigniewa Hołdysa, to on uosabiał dla nich artystyczny establishment). Kiedy czytam tę książkę, to nie wyobrażam sobie, żeby za ćwierć wieku można było wydać podobne dzieło o naszej współczesności, o scenie początku XXI wieku. Chyba że nadejdzie nowa rewolucja muzyczna. Ale czy dzisiaj w ogóle ona jest możliwa? Czy damy się udławić pulpą w różowym kolorze cieknącą ze wszystkich głośników i ekranów, czy też ktoś tę pulpę wreszcie spuści do kanalizacji?
Nie wiem - wiem tylko, że marzę o tej nowej generacji jak o jakimś powstaniu narodowym.
Źródło: Duży Format