http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Między dwoma Krzyśkami

Bożena Aksamit
2010-12-12, ostatnia aktualizacja 2010-12-13 00:02

Krzysztof Dubieniecki: - Zrozumiałem dopiero teraz, że moje ciało krzyczało do mnie: przestań!
Krzysztof Dubieniecki: - Zrozumiałem dopiero teraz, że moje ciało krzyczało do mnie: przestań!
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta

Nie będę kłamał i mówił, że nie sprawiało mi radochy obserwowanie, jak z odkurzacza wylatują chmary much

Krzysztof: Tłumaczyli mi na onkologii, że organizm nie mógł sobie poradzić z chemią, którą w siebie władowałem
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta
Krzysztof: Tłumaczyli mi na onkologii, że organizm nie mógł sobie poradzić z...
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY

Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Ale nie tylko muchy widziałem. Monitor komputera pięknie falował i wibrował miliardami kolorów. Możesz kupić sobie takie środki, które powodują, że słyszysz kolory i widzisz dźwięki. Pamiętam, jak przyglądałem się nutom, które rozszerzały się i rozpadały na kawałeczki przed wejściem do ucha. To było niesamowite.

Po koksie masz większe poczucie własnej wartości. Możesz wejść na środek parkietu i dać z siebie wszystko, podejść do najfajniejszej laski w klubie i zacząć ją uwodzić. To jest oczywiście bzdura, nie możesz wszystkiego, ale tak się czujesz, jakbyś mógł.

Ludzie biorą, żeby sprostać,

bo kto by wytrzymał trzydniową podróż po klubach w Sopocie bez doładowania. Koks i trawa pomagały też oderwać się od szkoły. Zapomnieć, że trzeba będzie wstać na ósmą, żeby słuchać, jak jakaś babka truje o matmie. Byłem na sto procent pewny, że z matmą nie będę miał w życiu nic wspólnego. Przerabialiśmy funkcje, a ja myślałem: "co mnie obchodzi przebieg zmienności". Dzięki szkole zrozumiałem, co to jest poczucie straconego czasu. Frajdą było, jak w piątek w nocy z kumplami wymyślaliśmy nowy język oparty na dźwięku "wzitttt".

Gdy brałem, czułem się lepiej. Dopalacze działają podobnie do kokainy, tyle że masz większego speeda. Jednocześnie stajesz się elementem jakiegoś kosmicznego porządku. Ogarnia cię poczucie nieograniczonej wolności, luzu, jednocześnie rozpiera energia. Oczywiście ten stan nie trwa za długo. Chwila nigdy nie będzie wiecznością, ale staraliśmy się ją wydłużać w nieskończoność.

Nie baliśmy się trawy i dopalaczy, jednak w moim otoczeniu nie było nikogo, kto był uzależniony. Może dlatego, że byliśmy po prostu za młodzi. Gdy rozsmakowaliśmy się w "dopkach", nie było odwrotu, musiały być na imprezie, bez - balanga byłaby drętwa.

Refleksja pojawiała się prawie zawsze. Stałem przed lustrem z saszetką i rurką do wciągania. Patrzyłem w swoje odbicie i odpowiadałem na zajebiście ważne pytanie: "co ty, Krzysiu, robisz?". Z jednej strony stał Krzyś, który mówił: "Nie bierz tego, chodź, idziemy się normalnie bawić. Oddaj to komuś". A Krzyś z drugiej strony ciągnął za rękę i szeptał: "Chodź szybciej na bankiet, bo za chwilę nie wyrobię". A ja stałem w środku między dwoma Krzysiami i zawsze podejmowałem tę samą decyzję - brałem. Coraz więcej i więcej.

Tak naprawdę zapadłem w to gówno z miłości, a raczej z rozpaczy. Miałem 18 lat i byłem zakochany jak wariat. Tą pierwszą miłością, co człowieka zamienia w sputnik, który krąży po orbicie międzygwiezdnej i traci kontakt z Ziemią. Wszystko było pierwsze, zachwyt kobietą i seks, i szczęście nie do opowiedzenia. Kasia baletnica, starsza o rok, ja - wiolonczelista. Para jak z bajki. Byłem pewny, że będziemy ze sobą całe życie. Dziesięć miesięcy haju i pewnego dnia zły czarodziej zrobił pstryk i Kasia zniknęła.

Wyjechała do Poznania tańczyć w operze i przestała się do mnie odzywać. Nie odbierała telefonu, nie odpisywała na SMS-y. Nie wierzyłem! Nie mogła przecież ze mną zerwać w taki okrutny sposób. W piątek mówiła kocham, a w sobotę zamilkła. W końcu zacząłem się sam obwiniać. "Powiedz, Krzysiu, coś ty zrobił?" - myślałem w kółko. Potem przyszedł najsmutniejszy dzień w moim życiu - 18. urodziny. Rodzice wynajęli duży pub, przyszli wszyscy, 20 osób - poza Kasią. Miała być gościem honorowym - zależało mi, żeby wszyscy zobaczyli, jaką mam cudowną dziewczynę. Wyglądała jak porcelanowa figurka kręcąca się na wieczku pozytywki. 43 kilogramy, cudowne ciało i twarz anioła.

Gdy się nie pojawiła, czułem się, jakbym był bohaterem gry komputerowej, w której ktoś kliknął i przeniósł mnie na inny "level". Bo przecież w życiu tak się nie dzieje.

Postanowiłem walczyć, zapakowałem wiolonczelę, wsiadłem w pociąg i dzień po imprezie ruszyłem do Poznania. Chciałem dowiedzieć się, na czym stoję. Jestem facetem, a

zostałem potraktowany gorzej niż pies.

Gdy mnie zobaczyła, powiedziała: "Oooo, cześć". Zaraz potem: "Krzysiu, to chyba jest koniec wszystkiego. Już nie jesteśmy razem". Zapytałem: "Jak to koniec?". Zacząłem się tulić do niej, całować, ona odwracała głowę: "Co ty robisz!". Kazała mi wyjść. Usłyszałem, że jak nie pójdę, zadzwoni po policję. Wyszedłem. Kasia mieszkała na Jeżycach, nie jest tam najbezpieczniej, a ja nie lubię ryzykować - miałem ze sobą instrument. Zadzwoniłem po Mariusza, brata jednego z moich przyjaciół - Stavrosa. O nic nie pytał, zjawił się po kwadransie. Stałem przed drzwi wejściowymi do tej starej kamienicy, obłaziła z nich farba - wyglądałem jak Janko Muzykant z wiolonczelą pod pachą - nie zabrałem futerału. Gdy siedzieliśmy w samochodzie, spytał: co jest? Nie umiałem wykrztusić słowa.

Mariusz zaopiekował się mną po męsku i dostałem parę lufek whisky. Gdy odzyskałem wigor, Mariusz mówił: Musisz walczyć! Wyciągnął z szafy białą koszulę, czarną marynarkę - miał świetne ciuchy, nie przeszkadzało, że jest wyższy ode mnie o pół głowy - wyglądałem super. Na bazarku kupiłem róże, oskubałem płatki - wyszło tego dwie siatki. Wziąłem wiolonczelę na plecy i pomaszerowałem. Przed drzwiami Kasi ułożyłem dwa serca: wielkie czerwone, mniejsze białe, i zacząłem grać. Zbliżała się północ. Otworzyła drzwi, stanęła naprzeciwko, wtedy klęknąłem. Kasia zaczęła płakać. Powiedziała: "Krzysiu, przyjdź jutro, pogadamy", ale ton jej głosu był jakiś lekki, jakby mówiła do listonosza. Prosiłem, żeby pozwoliła mi zostać. Nie chciała. Pograłem jeszcze chwilę i dałem spokój. Gdy zszedłem na dół, pomyślałem: "Krzysiu, po co tutaj przyszedłeś? Po zwycięstwo!". Wróciłem i zacząłem grać. Uchyliła drzwi i poprosiła, żebym dał już spokój, bo sąsiedzi ja zabiją.

Dotarło do mnie, że to koniec. Na parterze coś mną szarpnęło, stanąłem na wewnętrznym dziedzińcu i znów zagrałem, tym razem Haydna. Nagle jakiś facet wychylił kudłatą głowę z okna, po chwili był obok mnie i spytał po angielsku: "Co ty tutaj robisz o tej porze?". Wytłumaczyłem, że walczę o miłość dziewczyny. On na to, że mam piękny dźwięk, i chciałby, żebym przyszedł do niego na próbę. To był dyrektor muzyczny Teatru Wielkiego, znany dyrygent Eraldo Salmieri. Dostałem wizytówkę, powiedział, że chce mnie widzieć w wiolonczelach. Nie mogłem, uczyłem się jeszcze, a do tego musiałem wracać do domu.

Rano wsiadłem do pierwszego pociągu, Kasia zadzwoniła, ale zrozumiałem, że nic z tego nie będzie. Dzwoniła, bo pewnie było jej głupio. Wiem, że ona wróciła do poprzedniego chłopaka. Może ta miłość mi się nie należała? Wiolonczelista, który wygląda jak de volaille z brzuszkiem.

Ale historia to nie katar. O Kasi myślałem w domu, szkole, gdy grałem, gdy zasypiałem i gdy się budziłem. Minął październik, a w połowie listopada odkryłem, że jest lekarstwo na Kasię: koledzy i trawa. Jeszcze pół roku myślałem o niej kilkadziesiąt razy na dobę, ale bolało mniej. Imprezować zaczynaliśmy po lekcjach w piątek, kończyliśmy w niedzielę. W grudniu wjechały dopalacze. Najpierw zamawiane przez internet, potem doszły odmiany, które rzucali do sklepów. Trawa nie była łatwo dostępna, dopalacze na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba było kompletnie się wysilać, bo koleś dowoził na imprezy. Wystarczył telefon, po chwili

podjeżdżał autem: "Proszę, dziękuję" - jak z pizzą.

Wszystko po legalu, więc w głowie spokój.

Źródło: Duży Format
  • 50 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    143 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':