W piątek Michał Cibor, student V roku medycyny, i Marcin Waligóra z szóstego roku odbiorą list gratulacyjny od prof. Wojciecha Nowaka, prorektora Uniwersytetu Jagiellońskiego. To nagroda za uratowanie życia 39-letniej kobiecie. Do zdarzenia doszło w październiku, ale przez zachowanie pogotowia ratunkowego studenci najpierw nie czuli się bohaterami, a potem chcieli zostać anonimowi.
Tamtego dnia w tramwaju w centrum Krakowa kobieta straciła przytomność. Doszło u niej do zatrzymania akcji serca. Taki stan po trzech, czterech minutach prowadzi do nieodwracalnych uszkodzeń mózgu.
- Zobaczyłem kobietę leżącą na podłodze i bezradnych ludzi wokoło - opowiada Michał. Studenci nie tracą głowy, badają puls, decydują, że trzeba kobietę reanimować. Z pomocą pasażerów wynoszą ją na zewnątrz. - Była sina na twarzy. Uznaliśmy, że trzeba podłączyć AED, czyli automatyczny defibrylator, żeby ustalić, jaki jest rytm serca - mówi Michał.
Tramwaj zatrzymał się akurat przy Galerii Krakowskiej. - Dwa dni wcześniej Michał i Marcin byli tu na zakupach i zauważyli, że na ścianie przy przystanku znajduje się urządzenie AED - mówi prof. Janusz Andres, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii.
Defibrylator AED to urządzenie dla "amatorów". Samo analizuje EKG poszkodowanego i dostosowuje wstrząsy do potrzeb.
Żeby przywrócić oznaki życia, studenci cztery razy musieli użyć defibrylatora. Wszystko działo się na oczach pasażerów tramwaju. Gdy przyjechała karetka, wysiadł z niej lekarz i... - Zaczął obrzucać tych młodych ludzi wyzwiskami, twierdził, że mogli tę kobietę zabić - relacjonował "Gazecie" oburzony zachowaniem lekarza świadek zdarzenia.
Michał długo opiera się, by powiedzieć, co usłyszał pod swym adresem. W końcu wydusza z siebie, że lekarz użył wyzwisk. - W naszej obronie stanęli pasażerowie tramwaju. Zrobiło się jednak tak nieprzyjemnie, że postanowiliśmy się stamtąd ulotnić - opowiada Michał. - Cały czas myślałem, czy wszystko dobrze zrobiłem. Sięgnąłem do książek, czytałem, czy nie przegapiłem jakiegoś objawu, czy nie zaszkodziłem.
Prof. Andres zawziął się, żeby sprawę wyjaśnić. Wszystkie akcje z użyciem AED są rejestrowane przez urządzenie. Profesor i rektor zażądali wydruków. Potwierdziły one, że studenci postępowali zgodnie ze sztuką.
Dopiero po tygodniu od zdarzenia krakowskie pogotowie ratunkowe zreflektowało się. - Przepraszamy osoby, które poczuły się urażone wygłoszonymi przez lekarza opiniami - oświadczyła Barbara Grzybek-Korgól, rzecznik prasowy krakowskiego pogotowia ratunkowego. Dodała też: - Nie chcielibyśmy, aby jednostkowy przypadek zaszkodził słusznej idei korzystania z defibrylatorów AED i zniechęcał ludzi do udzielania pierwszej pomocy. Nie negujemy stosowania tych urządzeń. Co więcej, współuczestniczymy w tym projekcie, organizując szkolenia i opiekując się tymi urządzeniami.
Kobieta, którą ratowali studenci, wyszła ze szpitala w dobrym zdrowiu. Studenci długo opierali się, chcieli pozostać anonimowi. Żeby ustalić ich dane, rektor zarządził "śledztwo" wśród studentów.
W Krakowie jest 18 zewnętrznych defibrylatorów umieszczonych w różnych punktach w ramach programu "Impuls życia" (kosztowały nieco ponad 100 tys. zł). W ostatnich dwóch latach za publiczne pieniądze przeszkolono w Krakowie z pierwszej pomocy i użycia defibrylatorów około 4 tys. osób. Mają umieć używać tego urządzenia jak gaśnicy, gdy się pali.
Akcja Michała i Marcina to pierwszy w Polsce przypadek uratowania życia z wykorzystaniem defibrylatora poza szpitalem. W Wiedniu żyje ponad 250 takich osób, stworzyli nawet własny klub.
Źródło: Gazeta Wyborcza