Historyk patrzy na rzeźnię

Adam Leszczyński
06.12.2010 , aktualizacja: 03.12.2010 16:14
A A A Drukuj
Nowa książka Timothy'ego Snydera o ludobójstwach we wschodniej Europie oddaje historyczną sprawiedliwość tym ofiarom, o których na Zachodzie nawet wykształcony czytelnik wie niewiele albo nie wie nic
Timothy Snyder "Bloodlands. Europe between Hitler and Stalin", New York 2010, s. 524, cena 29,95 dol.

Od 57 dni na liście stu bestsellerów Amazona w


"Niemowlęta leciały wielkimi łukami w powietrzu i rozstrzeliwaliśmy je na kawałki w locie, zanim ich ciała wpadły do dołów i do wody" - pisał w październiku 1941 r. do żony niemiecki policjant (ściślej rzecz biorąc, Austriak w służbie Rzeszy). Nie wspominał o wyrzutach sumienia. W liście wysłanym z białoruskiego Mohylewa zwierza się: "Za pierwszym razem moja ręka drżała trochę przy strzale, ale człowiek się przyzwyczaja. Za dziesiątym razem celowałem chłodno i strzelałem pewnie do wielu kobiet, dzieci i niemowląt". Autor listu pisał o 2273 Żydach z Mohylewa zabitych 2 i 3 października (niemieckim policjantom pomagała policja ukraińska). To był dopiero początek masakry - 19 października Niemcy zastrzelili kolejne 3726 osób. Ta opowieść to tylko trochę więcej niż przypis - jeden akapit - w monumentalnej książce amerykańskiego historyka Timothy'ego Snydera o ludobójstwie we wschodniej i środkowej Europie, która właśnie ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Snyder - częsty gość w Polsce i kolega wielu polskich historyków - napisał książkę bardzo ważną dla Polaków i dla czytelników na Zachodzie.

"Zabić" w co drugim zdaniu

To lektura w dziwaczny i mroczny sposób fascynująca: 500 stron opisów zbrodni, często równie okrutnych, co irracjonalnych; 500 stron historii pełnej heroizmu i podłości, przy czym zarówno bohaterom, jak i zbrodniarzom historyk może poświęcić często tylko parę słów; 500 stron, na których słowo "zabić" występuje w co drugim zdaniu. Zaduch krwi i trupów unosi się nad każdą stroną tej książki. "Bloodlands" - ten tytuł nie jest łatwo przełożyć na polski. "Skrwawione ziemie" chyba pasują najlepiej - to rzecz o ludobójstwie, a właściwie wielu ludobójstwach i zbrodniach, które dokonały się pomiędzy Wartą i Wisłą a linią Petersburg - Don w latach 1933-45 - w przybliżeniu od granic przedwojennej Polski po zachodnią Rosję (granice polityczne na tym obszarze zmieniały się w tym czasie wielokrotnie). Snyder zaczyna swoją opowieść od Wielkiego Głodu na Ukrainie z lat 1932-33, a kończy opisem wysiedleń Niemców po 1945 r. i antysemickiej czystki w ZSRR pod koniec lat 40. To książka o śmierci ponad 14 mln ludzi, z których największą grupę - blisko 6 mln - stanowili Żydzi zamordowani w czasie Zagłady. Wszystkie wydarzenia, o których pisze Snyder, miały już swoich historyków, a o wielu z nich - tak jak o Zagładzie Żydów czy Wielkim Głodzie - napisano całe biblioteki. Wyjątkowość książki amerykańskiego historyka polega na tym, że pokazuje kolejne zbrodnie w ich kontekście: np. Holocaust nie staje się tu tragiczną i niezrozumiałą wyspą w historii zachodniego świata, ale kulminacją historii regionu, w którym dwa totalitaryzmy zabijały ludzi masowo za to, kim byli - czy to Żydami, czy rosyjskimi jeńcami wojennymi, czy wreszcie domniemanymi "wrogami klasowymi" ZSRR. Snyder pokazuje, jak Stalin i Hitler uzupełniali się wzajemnie - i jak wiele mieli wspólnego. Obaj potrafili stawiać swoich podwładnych w sytuacji, w której zabijanie innych (Żydów, Polaków, wrogów klasowych, ukraińskich chłopów) wydawało im się "wyborem mniejszego zła". Wbrew popularnej tezie krytyków nowoczesności, takich jak Zygmunt Bauman, którzy twierdzą, że Holocaust był szczytowym "osiągnięciem" modernizmu, Snyder dowodzi, że zarówno Hitler, jak i Stalin nie byli dziećmi Oświecenia. Obaj odrzucali oświeceniowy optymizm i wiarę w postęp, a swoje zbrodnie uzasadniali ideologiami, którym blisko było raczej do XIX-wiecznego imperialnego i darwinowskiego rozumienia polityki (silniejsi wygrywają, zwycięstwo polega na biologicznej eliminacji przegranych i to jest słuszne i moralne) niż do tworzonych przez Kanta projektów "wiecznego pokoju". Zbrodnie stalinowskie i hitlerowskie nie tylko szły ręka w rękę, ale i napędzały się wzajemnie: Snyder np. opisuje, jak w 1941 r. Hitler wykorzystywał zbrodnie NKWD na kresach dawnej Rzeczypospolitej i w państwach bałtyckich, żeby skierować gniew ludności - niestety, często skutecznie - przeciw Żydom. Książkę amerykańskiego historyka można czytać jako próbę oddania historycznej sprawiedliwości tym, o których na Zachodzie nawet wykształcony czytelnik wie niewiele albo nie wie nic: rosyjskim jeńcom wojennym, których 3 mln (!) Niemcy zwyczajnie zagłodzili jesienią 1941 r.; polskim, białoruskim czy ukraińskim chłopom mordowanym kolejno przez Niemców, władze radzieckie oraz partyzantki i oddziały paramilitarne rozmaitych barw politycznych i narodowości. Tragiczny los np. cywilnych mieszkańców Warszawy mordowanych w czasie Powstania w 1944 r. czy ofiar radzieckich deportacji - zamarzających na śmierć w pociągach jadących tygodniami do Azji Środkowej - jest tu zrównany.

To zrównanie stało się zresztą głównym zarzutem jedynej krytycznej recenzji tej (skądinąd świetnie przyjętej na Zachodzie) książki - w "London Review of Books" recenzent zarzucił historykowi negowanie wyjątkowości Zagłady. "Było coś szczególnie sadystycznego w pragnieniu nazistów, by nie tylko torturować, okaleczać i zabijać Żydów, ale także ich upokorzyć" - pisał. To jednak zarzut chybiony - Snyder o tym pisze. Przypomina jednak równocześnie los nie-Żydów, których także zabijano na "skrwawionych ziemiach" tylko za to, kim są.

Mord na wyciągnięcie ręki

Ludobójstwo - o czym trzeba też koniecznie przypomnieć - było też znacznie mniej "nowoczesne", niż mogliby myśleć czytelnicy Baumana i innych krytyków nowoczesności. "Masowe zabijanie w Europie jest zwykle kojarzone z Holocaustem, a Holocaust z szybkim, przemysłowym zabijaniem. Ten obraz jest zbyt prosty i czysty" - pisze Snyder. Blisko połowa żydowskich ofiar zginęła w "fabrykach śmierci", czyli obozach zagłady - reszta została zastrzelona. Spośród 14 mln ofiar zbrodni we wschodniej Europie najwięcej zostało zagłodzonych na śmierć; kilka milionów zostało zastrzelonych, co trudno uznać za szczególnie nowoczesny sposób pozbawienia życia. Zabijanie nie było też zdepersonalizowane i mechaniczne: dużo częściej dokonywało się na wyciągnięcie ręki. Snyder: "Ludzie, którzy głodowali, byli obserwowani, często z wież strażniczych, przez tych, którzy odmawiali im jedzenia. Ludzie, którzy zostali zastrzeleni, byli oglądani przez celowniki karabinów z bardzo bliskiej odległości albo trzymani przez dwóch mężczyzn, podczas gdy trzeci mierzył im w tył głowy. Ludzie, którzy zostali zaduszeni, byli zbierani, pakowani do pociągów, a potem wpychani do komór gazowych". Horyzont moralny Snydera jest jednoznaczny: zbrodni nic nie usprawiedliwia, a ofiary - niezależnie od rasy, klasy czy narodowości - są sobie równe. Dla wszystkich ofiar - być może z wyjątkiem "wypędzanych" po wojnie Niemców, o których pisze w ostatnim rozdziale - historyk ma tyle samo współczucia, sympatii i szacunku. (Snyder, znów wbrew popularnemu w Ameryce zwyczajowi, pisze zawsze "Niemcy", a nie "naziści"). To może być zaskoczeniem nie tylko dla zachodniego, ale i polskiego czytelnika: historyk nie ma zamiaru brać udziału w pornograficznej licytacji, kto cierpiał bardziej. Jest w zbrodniach opisywanych przez Snydera coś, co trudno wyrazić do końca - rodzaj okrucieństwa i obojętności, który dziś wydaje się niezrozumiały. "Sprawy idą dla mnie bardzo dobrze - napisał żonie podczas budowy obozu zagłady w Treblince Irmfried Eberl, austriacki lekarz i pierwszy komendant obozu. - Jest tu dużo do zrobienia i to daje mi dużo radości". Był "zadowolony i dumny ze swojego osiągnięcia". Eberl został wkrótce zdjęty ze stanowiska za niekompetencję. Nie zabijał wystarczająco szybko.



Zobacz też: Anne Applebaum, The worst of the Madness