Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Pielęgniarki z lubelskiego szpitala pamiętają, że Dorota, młoda matka, coraz rzadziej przychodziła do małego Adriana, który trafił na oddział z chorymi nerkami latem 2005 roku, niemal prosto z porodówki. Gdy miał pół roczku, szpital wysłał go na operację do Warszawy. Gdy mały wrócił, był sierotą. Matka zniknęła.
Prof. Małgorzata Zajączkowska, szefowa nefrologii lubelskiego szpitala, pamięta, że szukali mu domu. Ośrodek Pomocy Społecznej w Lublinie w internecie dał ogłoszenie: "Rodzice dla Adriana potrzebni od zaraz". Telefony były. Milutki? Pogodny? Oczka jak dwa ogniki? Ojej, chory... Nerki... Jaka szkoda. Że to nie jest kłopot? Że podłącza się w domu, jednym kabelkiem? Pracownicy MOPS pytali: to co, przyjdziecie zobaczyć małego? Nikt nie przyszedł.
Ośrodek słał jeszcze faksy do domów dziecka w całej Polsce. Odpowiedzi były - jak ta z Łodzi: "Z przykrością informujemy, ale nie mamy miejsc...".
Zakonnica śpi pod łóżkiem W lutym 2006 roku siostra Justyna, młoda zakonnica, kapucynka od Najświętszego Serca Jezusowego, czeka na szpitalnym korytarzu, aż z dializy nerek wyjdzie jej nastoletnia podopieczna. Zakonnica widzi, że u niemowlaków łóżeczka otoczone są matkami, babciami, tatusiami. Przy jednym pusto. Kilkumiesięczny bobas podnosi głowę, ogląda ludzi. Pielęgniarki mówią jej, że nikt go nie chce. Gdy kilka dni później zaglądają w nocy do pokoju Adiego, widzą, że pod łóżkiem małego, na jakiejś karimacie, śpi skulona siostra Justyna. W habicie i z tym okryciem na głowie, bo nie wolno jej niczego zdejmować przy cywilach.
Kapucynka Justyna prowadzi z innymi zakonnicami sierociniec w Lublinie. Naradziły się, że wezmą małego, a sąd dał zgodę. Nie można było od razu, bo każdego dnia mały musi być dializowany cyklerem, urządzeniem przekazanym przez Wielką Międzynarodową Firmę Medyczną. Siostra Justyna zamieszkała więc w szpitalu, by poznać tajniki dializy. Dostali z małym pokój tylko dla siebie.
Justyna uczy się szybko: diety, bilansu płynów. Pielęgniarki widzą, jak przytula małego po bolesnych zabiegach, karmi, nosi na rękach i mówi: nie płacz, nie płacz. Gdy mały wymiotuje na kolorowy fartuszek, który zakonnica wkłada, by stłumić smutny brąz habitu, zaraz wkładała drugi, który ma w zapasie i szepcze: "Już dobrze, już dobrze". W połowie 2006 roku, gdy mały ma roczek, siostra Justyna zdaje przed lekarzami egzamin z dializy i małego zabiera.
Gdy staję w drzwiach sierocińca, jedna z sióstr mówi, że się naradziły i rozmawiać nie będą: "Z Bogiem". Czy to była siostra Justyna? Nie wiem.
Joanna Kakareko, pracownica lubelskiego ośrodka pomocy społecznej, zanim opowie, musi wytrzeć czerwone, zapłakane oczy. Pamięta to tak: siostry miały najlepsze warunki, a inne domy dziecka nie chciały. W wielkim zielonym domu na skraju Lublina wychowują tylko dziewczynki. Dla Adiego zrobiły wyjątek. Siostra Justyna cieszyła się tam z każdego kroku małego. A robił je z trudem na tych kaczych, krótkich nóżkach, pokrzywionych przez chorobę. I tak przez rok. Kakareko przychodziła, też tuliła, podkochiwała się skrycie.
A potem siostra Justyna zniknęła. Kakareko nie wnika, co się stało, przez łzy tłumaczy, że chyba my, świeccy, nie rozumiemy życia w zakonie, że tak chyba musiało być.
Bóg tak chciał By zrozumieć, co zaszło, trzeba wpierw pojąć, jak działa sierociniec. Sklejam to z opowieści pracowników socjalnych, lekarzy i pielęgniarek.
Gdy Adi trafił do sierocińca, miał tam kilkanaście koleżanek, też sierotek. Od małych do nastolatek. Dzieci śpią w swoich pokojach, a siostry w klauzurze, budynku obok, do którego tylko one mają wstęp. Sierociniec żyje codziennym rytmem: sprzątanie, gotowanie, pranie, ogród, zabawy z dziećmi, nauka, modlitwa, kościół. Wszystko siostry robią same. Gdy pod ich dachem pojawia się Adi, grafik się załamuje. Mały wymaga więcej opieki niż inne dzieci i kapucynka Justyna coraz bardziej grafik zaniedbuje. Obowiązki spadają na inne siostry, które też mają pod opieką swoje dzieci.
Po jakichś dwóch latach w sierocińcu sióstr kapucynek na badania z małym przyszła inna siostra. A gdzie Justyna, pytają pielęgniarki. Wyjechała na studia do Włoch, mówi zakonnica. Pielęgniarki dzwonią do Justyny na komórkę, a ona nieco przybita, że widocznie Bóg tak chciał. I tyle.
Nowa zakonnica, która przychodzi z małym, mówi, że potrzebna była rotacja, bo sierociniec nie może zajmować się jednym dzieckiem, że Justyna za bardzo się z małym związała. Ale prof. Zajączkowska przestrzega, by nie potępiać tego, bo zakonnice pięknie z tymi dziećmi pracują, że lubelskie sierotki nie miałyby takiego domu.
Pielęgniarki pytają, co dalej z małym. I słyszą od zakonnic, że już wszystko załatwione, że Adi ma nowy dom.
Polowanie na mamę Kapucynka Justyna mogła jeszcze osobiście odwieźć małego do nowego domu. W czerwcu 2008 roku przywozi go do szpitala we Wrocławiu. Chłopiec ma prawie trzy lata, ale jak pamięta Joanna Arbaczewska, pielęgniarka oddziału dializ, wygląda na przerośnięte niemowlę, bo waży niespełna 9 kg. I ledwie chodzi na tych słabych nóżkach. No, ale ta buzia, ten uśmiech. Znów pielęgniarki matkują.
Pielęgniarce Krystynie Adi rzuca "mamo". A ta ucieka na fotel w dyżurce i ryczy, a koleżanki pocieszają, że musi być silna i jakoś to małemu wytłumaczyć. Adi poluje po korytarzach: na pielęgniarki, na mamy innych pacjentów. Krystyna negocjuje z nim, że zostanie jego "babcią".