http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ścisk w świetlicach

Aleksandra Lewińska, Bydgoszcz
2010-12-03, ostatnia aktualizacja 2010-12-02 19:12

W świetlicach podstawówek popołudnia spędza 30 proc. więcej uczniów niż trzy lata temu. A chętnych przybywa. Gdy rodzic nie zdąży odebrać dziecka, opiekuje się nim sprzątaczka

Świetlica w szkole podstawowej w Zemborzycach
Fot. Iwona Burdzanowska / AGENCJA GAZETA
Świetlica w szkole podstawowej w Zemborzycach
Liczba uczniów, którzy po lekcjach nie idą do domu, rośnie w zawrotnym tempie. W Bydgoszczy rodzice zapisali w tym roku do świetlic 5,4 tys. dzieci. O ponad tysiąc więcej niż trzy lata temu. W Lublinie - ponad 5,8 tys. dzieci. W Rzeszowie - 3,7 tys.

Najbardziej oblegana świetlica w Lublinie - w SP nr 43 - przyjęła w tym roku 370 dzieci. Ta w SP nr 62 w Bydgoszczy dostosowana jest dla setki uczniów. A na liście jest 137 zapisanych! Chętnych jeszcze więcej. - Gdyby było więcej pomieszczeń i etatów, zapisałoby się drugie tyle - mówi Czesława Feddek, dyrektorka podstawówki.

W SP nr 26 w Radomiu w świetlicy popołudnia spędza setka z 299 uczniów. Powinni mieć miejsce i do nauki, i do zabawy. A nie dość, że ciasno, to świetlica w porze obiadu jest szkolną stołówką.

- Dzieci muszą kucnąć na dywanie, żeby ustąpić miejsc jedzącym przy stole - mówi Barbara Żelazowska, szefowa podstawówki.

O liczbie etatów w świetlicach decydują samorządy, które opłacają pracowników szkół. Części rodziców dyrektorzy podstawówek musieli w tym roku odmówić. Większość i tak przyjmuje już tylko dzieci z klas I-III, i to pod warunkiem, że i mama, i tata pracują. Co z dziećmi z IV klasy, które są przecież za małe, by zająć się sobą po lekcjach?

- Robię wyjątek, jeśli ktoś twierdzi, że poszukuje pracy - opowiada Feddek. - Przyjmuję dziecko na trzy miesiące. Gdy etatu nie znajdzie, wypisuję ucznia ze świetlicy.

Na dodatek od tego roku do świetlic przyszły pięciolatki, które rodzice posłali do szkolnych zerówek. Świetliczankom pomagają uczniowie starszych klas i nauczyciele, którzy w ramach dodatkowych godzin mają zajęcia w świetlicy. Ale dyrektorzy przyznają, że potrzebne są dodatkowe etaty. Na to samorządy nie mają pieniędzy.

Świetlice dziś są inne niż kilka lat temu. Były czynne w godz. 8-16, a teraz na prośbę rodziców coraz bardziej wydłużają godziny. Niektóre są otwarte już od 6.30, coraz więcej pracuje do godz. 17. Rodzice chcieliby jeszcze dłużej.

Feddek (jej świetlica czynna jest do 17): - Zdarza się, że i matka, i ojciec kończą pracę później. Wtedy zostawiamy dziecko np. pod opieką woźnego. Przedłużyłabym działanie świetlicy o godzinę, ale nie mam pieniędzy na dodatkowy etat.

W poznańskiej SP 18 dziećmi, których rodzice nie zdążą odebrać przed 17, zajmują się portier, dyrektorka, jeśli jeszcze jest, albo społecznie świetliczanka, która zostaje po godzinach.

Danuta Paech, dyrektorka: - W świetlicy pracuje czterech wychowawców. Przydałby się choć jeden dodatkowy etat. Byłabym spokojniejsza, że gdy dużo uczniów przyjdzie w tym samym czasie, będą miały solidną opiekę.

Barbara Żelazowska, dyrektorka SP nr 26 w Radomiu, czasem uczniów, których nie zdążą odebrać rodzice, zostawia pod opieką sprzątaczek: - Mam tylko dwa etaty. Przez pół roku mieliśmy panią z urzędu pracy w ramach prac interwencyjnych. Gdyby została na stałe, to ratowałoby sytuację. Ale na to nie ma środków.

Elżbieta Pieczonka, dyrektorka lubelskiej SP nr 43, zamyka świetlicę o 18. To wyjątkowa podstawówka. Ma 12 etatowych pracowników w świetlicy. - Wyszliśmy naprzeciw rodzicom - mówi dyr. Pieczonka. - Pracują do późna, na drogach korki. Nie naciągają nas. Jeśli zostawiają dziecko na wiele godzin, to nie dla wygody, ale z konieczności.

Większość dyrektorów wie, że rozbudowa świetlic i wydłużenie godzin pracy to mus. - Zmienił się model rodziny. Mało kto kończy pracę po godz. 15. Babcie uczniów nie odbiorą, bo albo pracują, albo mają swoje zajęcia. I jeszcze jedno: co czwarty z moich uczniów pochodzi z rozbitej rodziny. Samotnie wychowującemu rodzicowi trudno zapewnić dziecku opiekę zaraz po lekcjach. Dlatego szkoła staje się dziś centrum opiekuńczo-wychowawczym. Naszym zadaniem jest już nie tylko dydaktyka - dodaje Feddek.

Zdaniem Marka Gralika, bydgoskiego radnego, który zajmuje się oświatą, szkolne świetlice to jedna z najważniejszych kwestii dla samorządów w tej kadencji. - Wiem, jaki to problem - mówi. - Syn przez trzy lata korzystał ze świetlicy. Gdy szkoła szukała pomieszczeń dla sześciolatków, zabrała jedną salę świetlicy. Dzieci przebywają w naprawdę trudnych warunkach, panuje ścisk i duchota.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':