List gończy za Assangem, założycielem portalu
Wikileaks, który od niedzieli publikuje tajne depesze amerykańskiej dyplomacji, oznaczono jako tzw. "red notice". Oznacza to, że ściganie Assange'a ma priorytetowy charakter. Na Australijczyka polują w tej chwili służby 188 krajów świata, które należą do Interpolu. Po aresztowaniu ma on zostać deportowany do Szwecji, gdzie ma odpowiadać za gwałt i molestowanie seksualne dwóch kobiet. Sam Assange zarzutom szwedzkich śledczych stanowczo zaprzecza. Twierdzi, że spreparowano je w odwecie za działalność Wikileaks, która zanim zaczęła publikację wykradzionych amerykańskich depesz dyplomatycznych, ujawniła tajne raporty amerykańskiego wojska dotyczące wojny w Iraku i Afganistanie.
Prawne problemy Assange'a nie dotyczą jedynie zarzutów o gwałt. Za ujawnienie depesz ścigają go Amerykanie, śledztwo w tej sprawie prowadzi też
Australia. Być może osobne postępowanie rozpocznie też
Francja.
Jednak Assange zapadł się pod ziemię. Udzielił tylko jednego wywiadu i to przez
Skype'a. Dziennikarzom amerykańskiego "Time" mówił, m.in. że sekretarz stanu Hilary Clinton powinna zrezygnować ze stanowiska, ponieważ kazała swoim dyplomatom zbierać dane o wysokich funkcjonariuszach ONZ. Chodziło m.in. numery kart kredytowych i odciski palców.
Niewykluczone, ze Assange wypłynie w Szwajcarii, gdzie złoży wniosek o azyl polityczny. Wcześniej założyciel Wikileaks zapowiadał, że ten właśnie kraj oraz Islandia, to jedyne państwa, w których czuje się bezpieczny. Zapowiadał też, że rozważy przeniesienie do Szwajcarii swojego portalu i założenie fundacji, która finansowałaby jego działalność.