http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Achtung, Achtung, Polacy!

Bartosz T. Wieliński
2010-11-29, ostatnia aktualizacja 2010-11-28 23:29

Polscy robotnicy sezonowi zbierają truskawki na plantacji w pobliżu Offenburga w południowych Niemczech
Polscy robotnicy sezonowi zbierają truskawki na plantacji w pobliżu Offenburga w południowych Niemczech
Fot. ASSOCIATED PRESS/ROTHERMEL

Armia tanich pracowników z Polski szykuje się do przekroczenia Odry. Za pół roku opanują budowy, restauracje, zakłady fryzjerskie i firmy ochroniarskie - ostrzegają rodaków niemieckie media

Bez polskich robotników plantatorzy szparagów w Beelitz (na zdjęciu ich uprawy) dawno by splajtowali. Dla Niemców praca przy zbiorach jest zbyt ciężka
Fot. MICHAEL URBAN AFP
Bez polskich robotników plantatorzy szparagów w Beelitz (na zdjęciu ich uprawy)...
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
"Zapowiada się szturm pracowników z Europy Wschodniej" - pisze konserwatywny "Die Welt". Wtóruje mu liberalny "Frankfurter Rundschau", który pisze o "lęku przed tanią konkurencją z Polski". "Firmy ze Wschodu będą konkurencją głównie dla przedsiębiorstw budowlanych z byłego NRD. Sytuacja na rynku się pogorszy, bo Polacy są tańsi od Niemców, nie obowiązują ich niemieckie przepisy dotyczące płacy i wysokości składek socjalnych" - pisze gazeta, powołując się na ekspertów niemieckich związków zawodowych. - Grozi nam dumping socjalny - przestrzega publiczne radio "Deutsche Welle". A inna publiczna rozgłośnia, radio RBB, kilka dni temu w kółko puszczała materiał o szykującej się do przejścia przez Odrę armii tanich pracowników.

Od 1 maja 2011 r. Polacy będą mogli pracować w Niemczech bez żadnych zezwoleń. Skończy się siedmioletni okres przejściowy, podczas którego niemiecki rząd blokował obywatelom nowych krajów UE dostęp do rynku pracy.

To właśnie przeraża Niemców, a im głębiej schodzi się na prowincję, tym strach większy.

- Tania siła robocza nas zaleje - mówi dziennikarce przygranicznej lokalnej gazety "Markische Oderzeitung" przedsiębiorca z nadgranicznego Schwedt, który spodziewa się, że po 1 maja zostanie przez Polaków wyparty z rynku. "Za sześć miesięcy pracownikom z Meklemburgii przybędzie konkurencja" - alarmuje ukazująca się na niemieckim wybrzeżu "Ostsee Zeitung". - Warunki pracy mogą się pogorszyć, a pensje spadną - to polityk SPD, który przestrzega w "Thüringer Allgemeine Zeitung", dzienniku ze środkowych Niemiec. Strach przed Polakami dotarł nawet do zachodnioniemieckiego Szlezwika-Holsztynu. "Bardzo się obawiamy, że tani pracownicy opanują restauracje, zakłady fryzjerskie i firmy ochroniarskie. Mogą przejąć całe sieci" - opisuje na łamach "Lübecker Nachrichten" związkowiec Frank Schischefsky.

Na lęki reaguje Berlin. Minister pracy Ursula von der Leyen planuje wprowadzenie w Niemczech płacy minimalnej dla pracowników tymczasowych (do tej pory miało ją tylko kilka branż, np. budowlańcy nie mogą na etacie zarabiać mniej niż 9,50 euro za godzinę, opiekunki w domach starców mniej niż 7,50), by łagodzić skutki otwarcia granic.

Polacy w minionych 20 latach już kilka razy wzbudzali za Odrą panikę. Na początku lat 90., gdy Niemcy znieśli wizy dla sąsiadów, krajem wstrząsnęła wizja najazdu polskich morderców i złodziei.

10 lat później, gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, Niemcy bali się, że Polacy zabiorą im pracę. To dlatego rząd Schrödera wprowadził okres przejściowy i zamknął dostęp do rynku pracy na pięć lat, później Angela Merkel przedłużyła go o kolejne dwa.

W 2007 r., gdy Polska wchodziła do strefy Schengen, z zachodniej granicy znikły szlabany, a w Niemczech odżyły stare lęki. Mieszkańcy pogranicza, bojąc się włamywaczy znad Wisły, zaczęli masowo montować alarmy.

Żadne z tych obaw się nie potwierdziły. Wystarczyło wczytać się w artykuły, by dowiedzieć się, kto je podsycał. To strażnicy graniczni, którzy nie chcieli się przenosić znad granicy polsko-niemieckiej, przestrzegali przed jej otwarciem. To rzemieślnicy, których konkurenci zza Odry zmusili do obniżenia cen i zabiegania o klientów. To politycy, którzy, by zyskać sympatię niemieckich wyborców, przestrzegali przed polską inwazją.

Niemieccy eksperci od rynku pracy uspokajają rodaków, że i teraz nie mają się czego bać - w maju Polacy absolutnie nie zaleją Niemiec. Polskie prognozy o półmilionowej rzeszy naszych pracowników, którzy gotowi są przenieść się za Odrę, uważają za przesadzone. Federalna Agencja Pracy spodziewa się 100-150 tys. Nie zwiększy to bezrobocia. Niemcom wręcz brakuje rąk do pracy. Przemysł od lat alarmuje, że traci przez to miliardy.

Dlaczego więc Niemcy dają się straszyć najazdem Polaków? - Kryzys i zeszłoroczna recesja mocno potrząsnęły Niemcami. Teraz przeciętny obywatel obawia się nie tylko tego, że polski pracownik odbierze mu pracę, ale że będzie wyłudzał zasiłki socjalne, za które przecież i tak płacą niemieccy podatnicy. To oczywiście bzdura, bo Niemcy potrzebują świeżej krwi. Społeczeństwo się starzeje, a co roku z kraju do Norwegii i Szwajcarii wyjeżdżają tysiące wykształconych pracowników - mówi Cornelius Ochmann z Fundacji Bertelsmanna.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 25 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    28 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':