"Zapowiada się szturm pracowników z Europy Wschodniej" - pisze konserwatywny "Die Welt". Wtóruje mu liberalny "Frankfurter Rundschau", który pisze o "lęku przed tanią konkurencją z Polski". "Firmy ze Wschodu będą konkurencją głównie dla przedsiębiorstw budowlanych z byłego NRD. Sytuacja na rynku się pogorszy, bo Polacy są tańsi od Niemców, nie obowiązują ich niemieckie przepisy dotyczące płacy i wysokości składek socjalnych" - pisze gazeta, powołując się na ekspertów niemieckich związków zawodowych. - Grozi nam dumping socjalny - przestrzega publiczne
radio "Deutsche Welle". A inna publiczna rozgłośnia, radio RBB, kilka dni temu w kółko puszczała materiał o szykującej się do przejścia przez Odrę armii tanich pracowników.
Od 1 maja 2011 r. Polacy będą mogli pracować w Niemczech bez żadnych zezwoleń. Skończy się siedmioletni okres przejściowy, podczas którego niemiecki rząd blokował obywatelom nowych krajów UE dostęp do rynku pracy.
To właśnie przeraża Niemców, a im głębiej schodzi się na prowincję, tym strach większy.
- Tania siła robocza nas zaleje - mówi dziennikarce przygranicznej lokalnej gazety "Markische Oderzeitung" przedsiębiorca z nadgranicznego Schwedt, który spodziewa się, że po 1 maja zostanie przez Polaków wyparty z rynku. "Za sześć miesięcy pracownikom z Meklemburgii przybędzie konkurencja" - alarmuje ukazująca się na niemieckim wybrzeżu "Ostsee Zeitung". - Warunki pracy mogą się pogorszyć, a pensje spadną - to polityk SPD, który przestrzega w "Thüringer Allgemeine Zeitung", dzienniku ze środkowych Niemiec. Strach przed Polakami dotarł nawet do zachodnioniemieckiego Szlezwika-Holsztynu. "Bardzo się obawiamy, że tani pracownicy opanują restauracje, zakłady fryzjerskie i firmy ochroniarskie. Mogą przejąć całe sieci" - opisuje na łamach "Lübecker Nachrichten" związkowiec Frank Schischefsky.
Na lęki reaguje Berlin. Minister pracy Ursula von der Leyen planuje wprowadzenie w Niemczech płacy minimalnej dla pracowników tymczasowych (do tej pory miało ją tylko kilka branż, np. budowlańcy nie mogą na etacie zarabiać mniej niż 9,50 euro za godzinę, opiekunki w domach starców mniej niż 7,50), by łagodzić skutki otwarcia granic.
Polacy w minionych 20 latach już kilka razy wzbudzali za Odrą panikę. Na początku lat 90., gdy
Niemcy znieśli wizy dla sąsiadów, krajem wstrząsnęła wizja najazdu polskich morderców i złodziei.
10 lat później, gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, Niemcy bali się, że Polacy zabiorą im pracę. To dlatego rząd Schrödera wprowadził okres przejściowy i zamknął dostęp do rynku pracy na pięć lat, później
Angela Merkel przedłużyła go o kolejne dwa.
W 2007 r., gdy Polska wchodziła do strefy Schengen, z zachodniej granicy znikły szlabany, a w Niemczech odżyły stare lęki. Mieszkańcy pogranicza, bojąc się włamywaczy znad Wisły, zaczęli masowo montować alarmy.
Żadne z tych obaw się nie potwierdziły. Wystarczyło wczytać się w artykuły, by dowiedzieć się, kto je podsycał. To strażnicy graniczni, którzy nie chcieli się przenosić znad granicy polsko-niemieckiej, przestrzegali przed jej otwarciem. To rzemieślnicy, których konkurenci zza Odry zmusili do obniżenia cen i zabiegania o klientów. To politycy, którzy, by zyskać sympatię niemieckich wyborców, przestrzegali przed polską inwazją.
Niemieccy eksperci od rynku pracy uspokajają rodaków, że i teraz nie mają się czego bać - w maju Polacy absolutnie nie zaleją Niemiec. Polskie prognozy o półmilionowej rzeszy naszych pracowników, którzy gotowi są przenieść się za Odrę, uważają za przesadzone. Federalna Agencja Pracy spodziewa się 100-150 tys. Nie zwiększy to bezrobocia. Niemcom wręcz brakuje rąk do pracy. Przemysł od lat alarmuje, że traci przez to miliardy.
Dlaczego więc Niemcy dają się straszyć najazdem Polaków? - Kryzys i zeszłoroczna recesja mocno potrząsnęły Niemcami. Teraz przeciętny obywatel obawia się nie tylko tego, że polski pracownik odbierze mu pracę, ale że będzie wyłudzał zasiłki socjalne, za które przecież i tak płacą niemieccy podatnicy. To oczywiście bzdura, bo Niemcy potrzebują świeżej krwi. Społeczeństwo się starzeje, a co roku z kraju do Norwegii i Szwajcarii wyjeżdżają tysiące wykształconych pracowników - mówi Cornelius Ochmann z Fundacji Bertelsmanna.