Wojsko ma prawie 2 tys. wolnych etatów dla starszych szeregowych zawodowych. To stopień, który w polskim wojsku żołnierz dostaje "na dzień dobry", podpisując pierwszy kontrakt z dowódcą jednostki (na 18 miesiecy).
Starszy szeregowy zarabia ok. 2,5 tys. zł brutto. Jeśli nie mieszka w koszarach, dostaje "mieszkaniówkę" (w największych miastach 750 zł na rękę). Do tego opieka socjalna i możliwości przejścia na emeryturę po 15 latach.
Żeby zostać szeregowym zawodowym, wystarczy wykształcenie gimnazjalne i odbyta zasadnicza służba wojskowa.
Skąd taka luka w armii? Od zakończenia wielkiej kampanii promującej wstępowanie do zawodowej służby wojskowej w 2009 r. miejsc dla zawodowych szeregowych nie było - większość zgłaszających się do wojskowych komend uzupełnień odchodziła z niczym. Jednak w listopadzie Sztab Generalny policzył, że w 100-tysięcznej zawodowej armii brakuje mu prawie 2 tys. ludzi. - To efekt odejść żołnierzy ze służby czynnej z powodu przekroczenia wieku emerytalnego, wygaśnięcia kontraktu lub decyzji o wcześniejszym odejściu - mówi płk Andrzej Wiatrowski, rzecznik Sztabu. - Policzyliśmy. Mamy 1720 stanowisk dla szeregowych zawodowych.
Żołnierze podają też inne powody. - Najczęściej nie przedłuża się kontraktów tym szeregowym, którzy za kilka lat osiągnęliby 15 lat służby i mieliby możliwość odejścia na emeryturę - twierdzi Jarosław Bąder, prezes stowarzyszenia Niezależne Forum o Wojsku, które zrzesza byłych i wciąż służących żołnierzy. - Poza tym ustawodawca nie pozwala na służbę na stanowisku szeregowego dłużej niż 12 lat. Dlatego ludzie odchodzą, bo dostanie się do szkoły podoficerskiej graniczy z cudem - dodaje.
Najwięcej "wojskowych" miejsc pracy jest w Szczecinie (12. Brygada Zmechanizowana) i Giżycku (15. Brygada Zmechanizowana). W obu jednostkach ponad 200. Do pracy można zostać przyjętym także w Międzyrzeczu (17. Brygada Zmechanizowana) i w Krakowie (6. Brygada Powietrznodesantowa) - po 150 miejsc.
Płk Wiatrowski zapowiada, że wojsko przyjmie szeregowych na te wakaty do końca roku. Nabór będzie prowadzony głównie na podstawie zgłoszeń, które mają już komendanci wojskowych komend uzupełnień. To ci kandydaci, którzy złożyli papiery, ale nie było w tym czasie wolnych miejsc.
- Będziemy się bezpośrednio kontaktowali z tymi osobami. Ale w razie potrzeby wykorzystamy też m.in. urzędy pracy - mówi rzecznik Sztabu Generalnego.
Czasu jest mało, a kampanii informacyjnej o wolnych miejscach w armii nie będzie. Bo - jak mówią "Gazecie" nieoficjalnie wojskowi - to trochę taka "wewnętrzna konkurencja".
MON stara się w tej chwili przede wszystkim o chętnych do Narodowych Sił Rezerwowych (rodzaj polskiej gwardii narodowej złożonej z cywilów, która ma pomagać w razie katastrof, lokalnych konfliktów, a nawet na misjach zagranicznych). MON zapowiedział, że przyjmie do końca roku 10 tys. żołnierzy NSR, a kontrakty - jak pisaliśmy - podpisało dopiero ok. 2 tys. Co prawda w WKU jest kolejnych kilka tysięcy wniosków, a cztery tysiące osób przechodzi tzw. służbę przygotowawczą, ale wiele z nich wolałoby wybrać zawodową służbę.
- Bo w Narodowych Siłach Rezerwowych nie ma stałych pieniędzy, a w służbie jest etat. Poza tym wielu pracodawców niechętnie patrzy na to, że ich pracownicy chcą zatrudnić się jednocześnie w wojsku, w siłach rezerwowych. Choć za czas ich ćwiczeń dostaną rekompensatę, ale jednak nie będą mieli w tym czasie pracownika - wyjaśnia Jarosław Bąder. - Nagle NSR ma konkurencję. Wielu z tych, którzy się zgłosili, na pewno wybierze stałą pracę w armii.
- Nie jest tajemnicą, że część rezerwistów wykonywanie obowiązków w ramach NSR traktuje jako etap do rozpoczęcia służby zawodowej - przyznaje płk Andrzej Wiatrowski. - Żołnierze posiadający najwyższe kwalifikacje będą mogli liczyć na powołanie do zawodowej służby wojskowej w pierwszej kolejności.