To odszczepieńcy, terroryści. My, muzułmańscy fundamentaliści, nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego - zapewnia szejk Muhammad Nuryan Ashafa. - Zresztą jak możemy prowadzić z nimi dysputę o islamie, skoro większość z nich nawet nie zna Koranu?
Szejk Ashafa wywodzi się ze starego rodu muzułmańskich sędziów, którzy przez dziesięciolecia rozstrzygali spory między mieszkańcami nigeryjskiej północy zamieszkanej w ogromnej większości przez wyznawców islamu. - Przez wieki żyliśmy według praw szariatu, my, miejscowi muzułmanie, ale także przybysze, chrześcijanie z południa. Nie dochodziło między nami z tego powodu do wojen - mówi szejk Ashafa, muzułmański sędzia jak ojciec i dziadek. - Ten stary porządek zburzyli Anglicy, którzy najpierw podbili tutejsze królestwa, a potem ogłosili je nowym państwem - Nigerią, rządzącym się według ustanowionych przez nich praw świeckich.
Szejk Ashafa wraz z innymi przywódcami duchowymi i politycznymi muzułmańskiej północy kraju przez długie lata zabiegali, by rząd w Abudży zgodził się przywrócić szariat na muzułmańskiej północy kraju. Ich starania zakończyły się sukcesem w 1999 r., gdy wojsko zostało odsunięte od władzy, a wyłonionym w wolnych wyborach prezydentem kraju został emerytowany generał Olusegun Obasanjo.
Jako Joruba z chrześcijańskiego południa kraju, starając się zjednać sobie elity muzułmańskiej północy, Obasanjo chętnie zgadzał się na wprowadzenie szariatu. Na przełomie wieków tuzin stanów północy, czyli jedna trzecia kraju, wprowadziło u siebie koraniczne prawo.
Zdrajcy - Bardzo nas to uradowało, bo w przywróceniu szariatu upatrywaliśmy nadzieję na uwolnienie się od korupcji, która przeżarła świeckie państwo - mówi szejk Ashafa. - Niestety, okazało się, że zgoda na przywrócenie szariatu była tylko pustym słowem. Rządzący chcieli wykorzystać islam, by zdobyć głosy i popularność. A my, muzułmańscy ulemowie, skompromitowaliśmy się w oczach naszych współwyznawców. Wielu, szczególnie młodych, przestało nas szanować, zaczęli nazywać zdrajcami - dodaje smutno szejk.
Zdrajcami nazywał ich m.in. dwudziestokilkuletni Mohammed Yusuf, syn biednego chłopa z pustynnego północnego stanu Yobe. Ojca nie stać było na naukę dzieci i Mohammed zdobywał edukację w wioskowym meczecie. Imamowie i ulemowie nie lubili go jednak, bo wiecznie ich krytykował i wytykał odstępstwa od słowa Koranu.
Przepędzany z meczetu do meczetu, wyjechał w końcu do Medyny, do Arabii Saudyjskiej, na
studia teologiczne. Ale z uniwersytetu też go wyrzucono za radykalizm.
W końcu Mohammed wylądował w Maiduguri, milionowej stolicy stanu Borno, w meczecie, którego młody imam był mu bliski nie tylko wiekiem, ale i poglądami. Nauczał, że współczesność i jej wynalazki, a także przywleczona z Zachodu świeckość to grzech, przed którym może ocalić jedynie szariat.
- Boko haram! ("to, co zachodnie, jest grzeszne) - powtarzał imam i jego wyznawcy. Boko Haram - tak też wiernych z meczetu Ibn Taymiyah nazwali mieszkańcy Maiduguri.
W 2002 r. imam wyjechał na studia do Medyny, a Mohammed Yusuf ogłosił się jego następcą. Jego płomienne kazania, słowa potępienia dla skorumpowanych władz i Zachodu, wezwania do wprowadzenia szariatu, a nawet świętej wojny szybko zyskały mu rozgłos, szczególnie wśród rozczarowanej młodzieży i biedoty.
W 2004 r. talibowie z Boko Haram zaczęli napadać na posterunki
policyjne w okolicach Maiduguri. W zeszłym roku zaś wzniecili w mieście zbrojne powstanie, by obalić rząd Nigerii i ogłosić Borno kalifatem. Uliczne walki przeniosły się z Maiduguri nie tylko na cały stan, ale także na sąsiednie Yobe, Bauchi i Kano.
Po pięciu dniach rebelia została stłumiona. W Maiduguri żołnierze zabili ponad 700 osób. Policja zburzyła meczet Boko Haram. Setki wyznawców Mohammeda Yusufa i on sam zostało aresztowanych.
Kilka dni później podziurawione kulami nagie zwłoki Mohammeda znaleziono na jednej z ulic Maiduguri. Policja stwierdziła, że został zastrzelony podczas próby ucieczki, trup miał jednak ręce skute na plecach kajdankami. Władze ogłosiły, że ruch Boko Haram został unicestwiony raz na zawsze.
Zakaz motocykli Nie minął jednak rok, a nigeryjscy talibowie wrócili. W czerwcu zastępca Mohammeda Jusufa nagrał na
wideo orędzie. - Nasza wojna się nie skończyła, ona się nawet na dobre nie zaczęła - oznajmił Abubakar Shekau oparty o karabin maszynowy.
Policja była przekonana, że Abubakar został zastrzelony podczas rebelii w Maiduguri. Teraz groził zemstą, wychwalał Osamę ben Ladena i innych dowódców Al-Kaidy.
Już w lipcu przed komisariatami policji w Borno zaczęły wybuchać bomby.
Władze wyznaczyły pół miliona naira (3,5 tys. dol.) nagrody za informacje o nowym imamie. Talibowie zagrozili więc, że zabiją każdego, kto będzie donosił policji.
We wrześniu napadli na więzienie w pobliskim stanie Bauchi. Uwolnili tam 700 więźniów, w tym prawie 200 talibów. W Borno, a także sąsiednim stanie Bauchi zaczęli ginąć policjanci, oficerowie wojska, mułłowie, którzy w swoich kazaniach potępiali talibów, a także ci, którzy w procesach sądowych przeciwko pojmanym talibom zeznawali przeciwko nim.
Większości zamachów dokonują zamaskowani napastnicy na motocyklach. W odpowiedzi władze Bauchi i Borno ogłosiły więc zakaz jazdy motocyklami od zmierzchu do świtu. Zaniepokojony nie na żarty rząd w Abudży posłał do Borno wojsko, które przeprowadziło wielką obławę na talibów pod kryptonimem "Pyton". Za kratki trafiły setki osób.
Od lipca Maiduguri przypomina oblężoną twierdzę. Choć nikt nie ogłosił godziny policyjnej, po zmierzchu ulice są puste. - Rząd się doigrał - mówi szejk Ashafa. - A wystarczyło, by pozwolił nam, ulemom, wprowadzić rzeczywiste porządki szariackie i wojsko nie musiałoby dziś uganiać się za talibami na motocyklach.