http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Świętoszek

Katarzyna Surmiak-Domańska
2010-11-28, ostatnia aktualizacja 2010-12-03 14:11

Do Kościoła nie muszę chodzić I tak święty jestem
Do Kościoła nie muszę chodzić I tak święty jestem
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Częściej patrzę w lustro. Starzeję się i widzę, że może rzeczywiście jestem do niego podobny

Częściej patrzę w lustro. Starzeję się i widzę, że może rzeczywiście jestem do niego podobny
Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Gazeta
Częściej patrzę w lustro. Starzeję się i widzę, że może rzeczywiście jestem do...
ZOBACZ TAKŻE

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



"Przyjeżdżaj. Ojciec nie żyje".

Telegram przyszedł ze stemplem z Sochaczewa. Wpatrywałem się w kartkę i nie wiem, co bardziej mnie zakłuło: treść czy ten stempel z miasta, w którym nigdy nie byłem i nawet nie miałem pojęcia, że ojciec miał z nim coś wspólnego. Telegram podpisała jakaś Grażyna, zawiadamiała, że pogrzeb odbędzie się za dwa dni w tymże Sochaczewie.

To wszystko boleśnie uświadamiało, jak mało nas z tatą łączyło. Od lat praktycznie nie mieliśmy ze sobą kontaktu, nie pamiętam, kiedy byłem u rodziców w naszej rodzinnej wsi, która jest od Sochaczewa co prawda dość oddalona, ale jednak nie na tyle, żeby podejrzewać, że telegram jest pomyłką.

Tata

Nie żebym był zaskoczony czy zrozpaczony. To nie. Przyjąłem wiadomość spokojnie, jakby chodziło o znajomego. Ojciec miał już swoje lata, poza tym nigdy nie byliśmy ze sobą blisko. Nawet gdy byłem dzieckiem, nie gadał ze mną za wiele. Owszem, lanie spuścić to tak. Jak mnie przyłapał kiedyś z papierosem, to zlał tak, że kilka nocy spałem na brzuchu. Do dzisiaj nie palę.

A Zbyszek pali. Mój młodszy brat.

Jemu wszystko uchodziło na sucho. Jego tatuś więcej szanował. W pole robić zawsze ja. "Zbyś niech sobie odpocznie". Jakeśmy się bili, to zawsze za nim szedł. Rozdzielił nas, to jeszcze mi dał klapsa, a jemu nie. "Bo tyś starszy, powinieneś ustąpić".

Co z tego, że starszy? Tylko rok i cztery miesiące.

Albo jak mu gołębie niechcący wypuściłem z gołębnika i dwa nie wróciły, bo były za świeże. Tydzień się do mnie za to nie odzywał. Jakbym nie istniał.

Lubił zajrzeć do kieliszka, pędził w domu bimber, bitny był. Co na zabawę poszedł, zaraz się wdał w jakąś bójkę.

Był grabarzem, ale jak każdy chłop we wsi uprawiał także pole. Mieliśmy kilka hektarów, kilkanaście krów, dwa konie i wszystko sami obrabialiśmy. Pewnego roku przyszedł straszny kryzys. Pola nie obrodziły, nie było co jeść. Tatuś 20 kilometrów jechał po chleb. Pamiętam go, jak wracał na rowerze, chybocząc się, bo na plecach zawiązał sobie wielki wór wypełniony bochenkami. A gdy ten chleb nam się skończył i z głodu nie mogliśmy ze Zbyszkiem zasnąć, to po kieliszku wódki nam dawał na sen.

Jak skończyłem 18 lat, rozstaliśmy się. Bez żalu. Zapakował mi do kartonowego pudełka parę białych gołębi i poszedłem swoją drogą. Nie przyjechali nawet na mój ślub.

Za krótko z nim byłem, żeby teraz za nim płakać. Ot, był chłop, umarł chłop.

Żeby coś dobrego sobie przypomnieć, bo to aż głupio - ojciec, bądź co bądź, ci umarł, a oczy suche.

Raz jeden za mną stanął.

Mieliśmy takiego dyrektora szkoły, starego komunistę Iwaniuka. To był bardzo zły człowiek. Ile ja od niego dostałem, ręką, linijką, ile się naklęczałem pod tablicą. Raz przesadził. Tłumaczył nam na lekcji, że jak jedziesz furmanką w nocy, to musisz palić latarkę, a ja wyskoczyłem głupio: - Czy zamiast latarki może być papieros?

Walnął mnie za to ciężką łapą w tył głowy. Krew mi się nosem wylała. Kiedy ojciec zobaczył mnie w domu, tak się wkurzył, że poszedł i spuścił Iwaniukowi wpiernicz. "A spróbuj mi tylko Stasia do zawodówki nie przepuścić" - jeszcze mu rzucił na odchodne. Odtąd Iwaniuk był dla mnie jak do rany przyłóż. Akurat kończyłem siódmą klasę i rodzice mnie oddawali na cztery lata do domu dziecka, gdzie miałem możliwość dalszego uczenia się w zawodówce. Ale czy to dla mojego dobra wymyślili ten dom dziecka, czy zwyczajnie chcieli się mnie pozbyć?

To wszystko przechodziło mi przez głowę, gdy miąłem w rękach telegram.

Odszukałem w kalendarzyku dawno nieużywany numer sołtysa z naszej wsi, bo on miał w domu telefon.

Źródło: Duży Format
1 2 3 4 5 6 7 8 9  następne »
  • 39 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    105 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':