Islandia jest trzecim obok Chorwacji i Turcji krajem, który negocjuje członkostwo w UE i może znaleźć się we wspólnocie w 2012 r. Ale mało kto w Brukseli w to wierzy, bo po zakończeniu rokowań, być może w połowie 2011 r., będzie na wyspie jeszcze referendum w sprawie wejścia do Unii. A poparcie Islandczyków do bycia w UE maleje w miarę wychodzenia z kryzysu.
Jeszcze w 2005 r. 306-tysięczne państwo uchodziło za najbardziej konkurencyjną gospodarkę w Europie. Bogaci Islandczycy uważali, że przystąpienie do Unii nie ma kompletnie sensu. Podstawą bogactwa (dochód na głowę sięga 39 tys. dol., ponad dwukrotnie więcej niż w Polsce) był świetnie rozwijający się sektor finansowy.
W 2008 r. dotknięta przez światowy kryzys finansowy islandzka gospodarka posypała się jak domek z kart, zbankrutowały największe banki, a islandzka korona straciła na wartości kilkadziesiąt procent. Tysiące klientów islandzkich banków, w tym rzesze cudzoziemców, zostało na lodzie.
Wtedy Islandczycy zmienili stosunek do UE i w lipcu 2009 r. lewicowy rząd złożył wniosek o członkostwo. W lipcu br. zaczęły się negocjacje, ale od tego czasu poparcie wyspiarzy do wejścia do UE spada. Podobnie jak poparcie dla rządu, który rozpoczął starania o członkostwo.
I pewnie z tego powodu minister sprawiedliwości Ögmundur Jónasson zaproponował, by proces negocjacji odwrócić do góry nogami. Według niego Bruksela i Reykjavik powinny najpierw dojść do porozumienia w najtrudniejszych sprawach, jak rybołówstwo, rolnictwo, podatki czy sprawy finansów. Potem taką warunkową umowę akcesyjną można by poddać pod referendum. A dopiero po zaakceptowaniu warunków członkostwa przez Islandczyków rozpocząć zmianę prawa i kosztowny proces dostosowywania się do standardów Unii w rolnictwie czy polityce rybackiej.
- Bruksela musi zrozumieć, że przeszliśmy ogromne załamanie gospodarcze i wymuszone członkostwem zmiany są niezwykłym obciążeniem biurokratycznym, które będzie kosztowało wiele energii i pieniędzy - tłumaczył wczoraj Jónasson portalowi EUobserver.com. Zdaniem ministra tradycyjne negocjacje, które wymagają dostosowania prawa przed wejściem do UE, tak jak robiła np. Polska, to w przypadku Islandii "marnowanie czasu, bo ludzie i tak to odrzucą".
Jónasson powołuje się na precedens Norwegii, która na początku lat 90. negocjowała członkostwo z Unią właśnie w taki sposób, w jaki chciałaby je teraz poprowadzić Islandia. Koniec końców w 1994 r. Norwegowie po raz drugi odrzucili jednak w referendum członkostwo w UE.
Minister Jónasson tłumaczy, że Islandia spełniła w zasadzie polityczne i gospodarcze warunki członkostwa. Poza sektorem finansowym i rekompensatami dla Brytyjczyków i Holendrów, którzy utopili miliardy w islandzkich bankach, kością niezgody jest otwarcie łowisk dla rybaków z krajów UE. Niechęć przed przyjęciem unijnej wspólnej polityki rybackiej była przez długie lata jednym z głównych powodów trzymania się wyspy poza Unią.
Należąc do Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej Islandia jest politycznie, gospodarczo i rynkowo zintegrowana z Unią. Należy też to Schengen, więc jej obywatele nie przechodzą kontroli paszportowych, wjeżdżając do UE.
Choć słowa ministra Jónassona wywołały pewne poruszenie w Brukseli, Komisja Europejska pozostała na nie głucha. Zdaniem dyplomatów UE przyjętej przed poprzednim rozszerzeniem procedury prowadzenia negocjacji nie da się zmienić, a norweski precedens był odosobniony. - Trzeba przestrzegać reguł rokowań. Islandia się na nie wcześniej zgodziła - mówi rzeczniczka Komisji Europejskiej Angela Filota.