http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Halo, widzę fałsz

Włodzimierz Kalicki
2010-11-14, ostatnia aktualizacja 2010-11-13 19:59

"Gdybym zdradził, kogo poszukuję, to zaraz by się coś znalazło. Fałszerze nie próżnują". Rozmowa z Leonardem Pietraszakiem, aktorem i kolekcjonerem malarstwa

- Ujawnione false należałoby rekwirować i palić, tak jak niszczy się wychwycone fałszywe banknoty - mówi Leonard Pietraszak
Fot. Michał Mutor
- Ujawnione false należałoby rekwirować i palić, tak jak niszczy się wychwycone...
Wśród marszandów ma pan opinię człowieka, który lubi psuć interes. Już, już by sprzedali obraz, a pan, nieproszony, potrafi się wtrącić: przepraszam, ale to nie jest oryginał, to falsyfikat.

- Gdy widzę podróbkę, trudno mi się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć głośno. Żona od lat mówi: daj spokój, nie mieszaj się do tego, ale gdy widzę fałszywy obraz Jana Szancenbacha czy rysunek Tadeusza Kulisiewicza, z którymi byłem w przyjaźni, to nie mogę milczeć.

Zwykle dzwonię do domu aukcyjnego i grzecznie proszę, by przyjrzeli się obrazowi jeszcze raz. I najczęściej, choć nie zawsze, oddzwaniają, dziękują: w gorączce przygotowań do aukcji wątpliwy obraz jakoś przemknął.

To jednak walka z wiatrakami.

Szanowany warszawski dom aukcyjny miał pod młotkiem dwa obrazy Iwana Trusza. Nie miałem wątpliwości, że to false, wystarczył mi rzut okiem, a do tego te ceny: jeden kosztuje 5 tys., drugi 7 tys. Gdyby były prawdziwe, to ceny wywoławcze musiałyby być cztery, pięć razy wyższe. Tak się łapie na goły haczyk początkujących zbieraczy, rzekoma okazja kupienia obrazu dobrego nazwiska za ćwierć ceny odbiera im rozum i zdolność do krytycznego myślenia.

Jak rozpoznaje pan false?

- Czuję się na siłach wyrokować o autentyczności dzieła sygnowanego podpisem Kulisiewicza, bo przez wiele lat rozmawiałem z nim o jego pracach, od lat obcuję z jego rysunkami, drzeworytami, miedziorytami. Czuję jego kreskę, nastrój, klimat. To samo mogę powiedzieć o twórczości Szancenbacha. Chętnie opiniuję też obrazy Jana Stanisławskiego i jego uczniów. Zbieram je od lat, czytam wszystko, co znajdę na ich temat.

Bywają na rynku false warsztatowo zrobione naprawdę bardzo dobrze. Mają odpowiedni motyw, kompozycję, harmonię barw. Ale mimo to obraz jest jakiś pusty, nic z niego nie bije. Zdarzają się false tak głupie, tak bezczelne, że aż zapiera dech w piersiach. Niedawno pewien pan z Kielc przysłał mi mailem zdjęcie koszmarnego obrazu z koniem i wmawiał, że to Stanisławski. Odpisałem grzecznie, że to dziwne - koń u Stanisławskiego. O ile wiem, on tylko raz popełnił coś z koniem, ale ten młodzieńczy rysunek jest w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie: Huculi, a obok nich konik. Ale żeby olej, i w dodatku koń w roli głównej? Ten pan już się do mnie nie odezwał. Pewnie znalazł jakiegoś miłośnika koni, który cieszy się, że ma rumaka spod pędzla Stanisławskiego.

A w naszych muzeach widział pan falsyfikaty?

- Odpowiem tak: nie pamiętam.

Ale doskonale pamiętam rozmowę z nieodżałowanym Franciszkiem Starowieyskim. Opowiadał mi, jak w czasie studiów on i jego koledzy, gdy potrzebowali pieniędzy, robili obrazy niektórych z naszych malarzy. Dziś wiszą one w naszych pierwszorzędnych muzeach. Tak przynajmniej zapewniał mnie Starowieyski.

Skądinąd wielki gawędziarz i bajarz.

- Ale nie on jeden wspominał o takich praktykach. Nasz wspaniały scenograf Marian Kołodziej opowiedział mi, że gdy był na studiach, to dla chleba robił obrazki pod Axentowicza, a jego kolega z roku, Potrzebowski, który dobrze malował konie, robił Kossaki. Ale mieli swój honor, nigdy nie kładli fałszywych sygnatur. Tylko co z tego, skoro zamawiający mówił: chłopaki, główny odbiorca nie chce tego bez podpisów, i sam kładł je na płótno.

Nawet na poważnych wystawach falsyfikaty krzyczą ze ścian. Kiedyś zaglądnąłem do Kazimierza Dolnego na wystawę malarstwa Władysława Ślewińskiego. Mała wystawa, obrazy sprowadzone z paru muzeów i kolekcji prywatnych. I co najmniej trzy Ślewińskie nieautentyczne. Wisząca obok cudownego pejzażu z Kazimierza jedna z martwych natur była tak topornie namalowana, że brzmiała jak uderzenie w głuchy klawisz podczas koncertu.

Dlaczego nikt nie protestuje, dlaczego ktoś takie ewidentne false kupuje?

- Dziś, gdy ktoś zamożny kupi nawet drogi obraz, za kilkadziesiąt, kilkaset tysięcy, to nie chce mu się chodzić do muzeów, kupować albumów, oglądać innych obrazów tego malarza, czytać o nim, robić notatek, porównywać jego technik, motywów, rozwiązań formalnych. Dziś się płaci i nie wymaga niczego - od siebie.

Ujawnione false należałoby rekwirować i palić, tak jak niszczy się wychwycone fałszywe banknoty. Tylko że i ci, którzy fałszywy obraz sprzedali, i ten, który go kupił, zgodnie zamiatają aferę pod dywan. Klient dostaje zwrot pieniędzy, a handlarz z zimną krwią zaczyna poszukiwania następnego naiwnego. Nawet gdy w sprawę wda się policja, znajdą się usłużni historycy sztuki, którzy dostarczą kontrekspertyzy, a na dobitkę zawsze ktoś może powiedzieć: a ja uwielbiam i kolekcjonuję false.

A pan dał się podejść fałszerzom?

- Tylko raz. Strasznie chciałem zdobyć jakiś obraz Abrahama Neumanna. A był to już czas, gdy fałszerze zaczęli traktować jego malarstwo jak twórczość braci Seidenbeutlów: rach-ciach, jakaś typowa zapyziała uliczka w żydowskim miasteczku, bure, krzywe domy i już mamy Neumanna.

Tak bardzo chciałem go mieć, że na aukcji w znanym warszawskim domu aukcyjnym nie widziałem obrazu, tylko olbrzymią sygnaturę: "Neumann".

Źródło: Duży Format
1 2 3 4 5 6 7 8 9  następne »
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    70 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':