Dramat wydarzył się na początku listopada. Kiedy okazało się, że Jułdaszew nie wypełnił dziennej normy zbioru, nadzorujący pracę dowódca uderzył go pałką. Cios okazał się śmiertelny. Aby zatuszować przypadkowe zabójstwo, przełożony próbował upozorować samobójstwo żołnierza, ale świadkowie poinformowali o zdarzeniu obrońców praw człowieka i prokuraturę. Prokuratura wojskowa, pod której kontrolą znajduje się farma, gdzie doszło do zabójstwa, nie ujawnia szczegółów śledztwa. Opinia publiczna dowiedziała się o śmierci żołnierza od obrońców praw człowieka z uzbeckiej organizacji Ezgulik.
Każdej jesieni władze zmuszają obywateli do "ochotniczej" pracy przy zbiorze bawełny, w czasie żniw co roku ginie tam tragicznie co najmniej kilka osób. W październiku 2007 r. na skraju jednej z plantacji powiesiła się 17-letnia studentka, która nie wytrzymała presji ze strony nadzorujących jej pracę nauczycieli. W zeszłym roku wywrócił się autobus, który wiózł ze zbioru bawełny lekarzy. Jeden z nich zginął, pozostali zostali ranni. Do podobnych wypadków dochodzi często, bo kierowcy pracujący przy zbiorze bawełny cały czas są przemęczeni.
W czasie bawełnianych żniw każdy, kto nie wykona normy, musi liczyć się z karą cielesną. Zależnie od wieku norma wynosi od 40 do nawet 100 kg dziennie. Ustalone przez państwo normy zbioru są niewykonalne, a warunki pracy fatalne (często brakuje nawet wody pitnej). Mimo to premier Uzbekistanu, Szawkat Mirzijajew żąda wypełnienia planu od każdego rolnika i urzędnika. Odpowiada za to nie tylko rolnik, ale także naczelnik policji, czy nawet hokim, miejscowy mer. Tam, gdzie wysłany ze stolicy rewizor zauważy nieprawidłowości, lokalni urzędnicy natychmiast tracą stanowiska. Rolników straszy się milicją i sądem.
Z polecenia sprawującego autorytarne rządy prezydenta Islama Karimowa co roku mobilizacji podlegają rzesze obywateli, w tym około dwóch milionów "ochotników" ze szkół i uniwersytetów. Młodzi ludzie ruszają na pola, by zbierać "białe złoto", jak o bawełnie mówiło się w Uzbekistanie już za czasów Stalina. O to, by ochotników było jak najwięcej, dba milicja. Za zwolnienie ze zbioru trzeba dać 200-300 dol. łapówki. Za odmowę pracy lub ucieczkę z pola grozi wyrzucenie z pracy czy szkoły. O ile we wrześniu nie brak chętnych, bo za pierwszy zbiór farmerzy dobrze płacą, to w październiku, kiedy bawełny jest mało i jest ona złej jakości, na polach pozostają jedynie osoby zmobilizowane w czynie społecznym: pracownicy budżetówki, uczniowie i żołnierze.
W 2008 r. władze Uzbekistanu pod naciskiem zagranicznych organizacji zadeklarowały, że skończą ze zmuszaniem do zbierania bawełny dzieci poniżej 15. roku życia, ale i one nadal pracują. Teoretycznie pracodawców, którzy naruszyli ustawę o pracy i ochronie pracy w stosunku do niepełnoletnich, można ścigać prawem, jednak praktycznie chroni ich państwo. Aby ukryć niewolnicze praktyki, przy drogach biegnących wokół bawełnianych pól stoją "ochroniarze", którzy bronią dostępu do nich postronnym.
Uzbekistan należy do szóstki największych producentów bawełny. Ten surowiec to strategiczne bogactwo eksportowe kraju i jedno z głównych źródeł jego dochodu. Państwo całkowicie zmonopolizowało produkcję i sprzedaż. Praktycznie nie zbiera się tam bawełny mechanicznie, bo tańsi są "ochotnicy".
Źródło: Gazeta Wyborcza