http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wędrowna godzina policyjna wokół pani Suu Kyi

Dawid Warszawski
2010-11-12, ostatnia aktualizacja 2010-11-11 16:35

Jutro upływa ostatni z licznych aresztów domowych, na które była skazana birmańska opozycjonistka Aung San Suu Kyi. Ale nikt się nie zdziwi, jeśli junta noblistki nie wypuści

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Birmański sąd odrzucił wczoraj apelację laureatki Pokojowej Nagrody Nobla w sprawie zwolnienia jej z aresztu domowego. Mimo to znana na całym świecie z walki o demokrację opozycjonistka ma szansę wyjść na wolność. 13 listopada kończy się bowiem ostatni z serii aresztów domowych, na które była skazana Suu Kyi.

Prawnicy noblistki zastrzegają jednak, że nie zgodzi się ona na zwolnienie warunkowe, gdyż oczekuje, iż junta zaoferuje jej zwolnienie bezwarunkowe.

***

Szlaban w poprzek drogi pokryty był łuszczącą się farbą. Kilku policjantów kręcących się wokół było zdziwionych moją obecnością. Dowódca posterunku, gdy wyjaśniłem mu, że jestem umówiony z "the Lady" - damą - jak w Birmie wszyscy nazywają Daw Aung San Suu Kyi, odparł kategorycznie, że nie jest to możliwe.

Był rok 1998 i laureatka pokojowego Nobla, która 15 z ostatnich 21 lat spędziła w więzieniu lub areszcie domowym, wyjątkowo miała prawo do wychodzenia z domu i przyjmowania gości, choć nie wolno jej było wyjeżdżać z Rangunu. Raz jeszcze wytłumaczyłem to dowódcy posterunku, ale ten odparł jak przedtem: "Zabronione".

Był zdumiony, gdy zapytałem dlaczego. "Zabronione i już". A potem nagle przyszła mu do głowy pewna myśl: "Curfew!" - wykrzyknął. "Godzina policyjna!". Rangun tętnił ruchem i gwarem. - Jaka godzina policyjna? - spytałem zirytowany. "Curfew here!". "Godzina policyjna jest tutaj!" - odparł zadowolony z pomysłu. I wyszczerzył w uśmiechu zęby ściemniałe od soku betelowego.

Z przywódczynią birmańskiej opozycji udało mi się spotkać jeszcze tego samego dnia w innym miejscu. Ale ilekroć w następnych latach o niej myślałem, przypominał mi się zawsze policjant ogłaszający godzinę policyjną wokół jej domu.

Birmańskim wojskowym, rządzącym krajem nieprzerwanie od prawie pół wieku, nie starczyło na szczęście odwagi, by zmusić ją do milczenia na zawsze. Ale najchętniej otoczyliby ją właśnie wędrowną godziną policyjną, skazując ją na wieczną izolację od kraju, któremu oddała całe swoje życie - i który odpowiedział jej mieszaniną szacunku, przywiązania i miłości.

Efekt The Lady budzi do dziś furię generałów i niezadowolenie zagranicznych dyplomatów, przekonanych, że w 20 lat po tym, kiedy kierowana przez Suu partia NLD nieoczekiwanie wygrała wybory, a wojsko utopiło to zwycięstwo we krwi, trzeba przestać rozpamiętywać przeszłość i szukać nowych rozwiązań politycznych. Rozwiązań, których częścią 65-letnia kobieta z kwiatem we włosach, do znudzenia powtarzająca, że Birmie niezbędne jest pojednanie oparte na prawdzie, czyli uznaniu przez wojsko wyborów z 1990 r., nie może przecież być.

Trudno oczekiwać, by wojskowi przełknęli zniewagę, jaką byłoby uznanie jej roli. Liczyć można jedynie na ich pragmatyzm i dobrą wolę. A zresztą, między nami mówiąc, sukces wyborczy odniesiony w ubiegłym wieku, niezdolność do pragmatycznych kompromisów, i dwadzieścia lat spędzonych w izolacji to nie najlepsze kwalifikacje dla polityka.

Suu Kyi pewnie sama by się zgodziła z tym ostatnim zdaniem, a potem wyjaśniła, jak powtarza zawsze, że ona wcale politykiem być nie chce. Że jej jedynym celem jest doprowadzenie do odbudowy demokracji w Birmie drogą narodowego pojednania, bez przelewu krwi, a sama żadnych stanowisk w wolnym kraju piastować nie zamierza.

Jej współpracownicy powtarzają jednak, że tylko ona może powstrzymać zarówno żądzę odwetu za krwawe rządy armii, jak i chęć oderwania się od Birmy mniejszości, toczących partyzancką wojnę z Rangunem.

Być może są to obietnice na wyrost - ale innych gwarancji juncie nikt nie da, choć gdybym był birmańskim generałem, to nie uwierzyłbym, że cokolwiek zdoła mnie uratować przed zemstą, jeśli wojsko straci władzę. Zbyt wiele krwi się polało.

Wierzę jednak Suu Kyi, że od stanowiska prezydenta ważniejsze dla niej być musi spotkanie z synami, których nie widziała od prawie dwudziestu lat. Jej mąż był Anglikiem, synowie mieszkali w Anglii - a władze birmańskie konsekwentnie odmawiały im wizy. Zarazem jasne było, że ona zgodę na wyjazd z kraju by dostała - ale bez prawa powrotu.

Suu Kyi zaś uparcie powtarzała, że nie może opuścić Birmy, skoro zaufało jej i jej partii w tych nieszczęsnych wyborach cztery piąte obywateli. Rządowa gazeta "Nowe Światło Myanmaru" (Na Myanmar przemianowali Birmę wojskowi) komentowała, że pani Suu Kyi jest po prostu złą matką i nie chce widzieć swoich synów.

Trudno zresztą się dziwić, skoro oddała się cudzoziemcowi - dodawali rządowi komentatorzy. Cudzoziemcowi też zresztą wyjątkowo paskudnemu: gdy umierał na raka, a Suu Kyi nie chciała ryzykować wyjazdu, złożył podanie o birmańską wizę. Odmówiono mu, rzecz jasna, a "Nowe Światło" napisało, że wredny Anglik chciałby się poleczyć w biednej Birmie na koszt birmańskiego podatnika. Niedoczekanie. No i zmarł nie zobaczywszy żony.

Suu Kyi poznała Michaela Arisa w Anglii, gdzie jej matka była birmańskim ambasadorem. Z matką była bardzo związana, odkąd w wieku dwóch lat straciła ojca.

Generał Aung San, bohater birmańskiej walki o niepodległość od imperium brytyjskiego, zginął w 1947 r. zamordowany przez brytyjskiego agenta. Suu Kyi nie chciała jednak iść w ślady swych rodziców i została z mężem w Anglii. Do Birmy wróciła dopiero w 1988 r., by zaopiekować się umierającą matką. Wówczas jednak właśnie w kraju wybuchły spontaniczne demonstracje przeciw rządom junty. Córka bohatera, trochę nieoczekiwanie nawet dla niej samej, stanęła na ich czele.

A potem były wybory, rzeź i 20 lat niewoli. Kolejna odsiadka miała się skończyć dwa lata temu, ale władze ją przedłużyły kilka dni po tym, gdy w sfałszowanym referendum naród jakoby zatwierdził opracowaną przez wojsko nową konstytucję.

W minioną niedzielę naród zaś niemal jednomyślnie, w 85 proc. poparł w pierwszych od 1990 r. wyborach partię wojskowych. Tak przynajmniej głosi komunikat władz.

Termin odsiadki upływa w sobotę. W siedzibie jej zdelegalizowanej partii współpracownicy Suu Kyi sprzątają jej gabinet. Wszyscy oczekują, że wyjdzie na wolność.

Ale nikt się nie zdziwi, gdy jakiś mężczyzna w mundurze powie jednak: - Tu jest godzina policyjna. Godzina, która dla The Lady przemieniła się w dni, miesiące, lata. Całe życie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':