Najsłynniejszą ofiarą takiego aresztu jest film Henryka Dederki "Witajcie w życiu", trzymany na półce od 13 lat w toczącym się wciąż procesie, który autorowi wytoczyła firma Amway.
Organizacje broniące wolności słowa oceniają, że areszty w związku z zabezpieczeniem powództwa zastąpiły PRL-owską cenzurę prewencyjną, a ta jest zakazana w konstytucji.
Kolejni rzecznicy praw obywatelskich sygnalizowali, że aresztowanie publikacji, tak jak stosuje się je teraz, narusza wolność słowa i debaty publicznej. A także swobodę dostępu do informacji i opinii, której jednym z gwarantów są wolne media.
W całej sprawie chodzi o przepis kodeksu postępowania cywilnego (art. 755 par.2), który pozwala, by w procesie o ochronę dóbr osobistych tymczasowo zakazać publikacji artykułu, książki, filmu w ramach tzw. zabezpieczenia powództwa. Celem jest ochrona osoby, którą publikacja stawia w niekorzystnym świetle przed doznaniem nieodwracalnych szkód, zanim sąd oceni, czy miało miejsce naruszenie jej dóbr osobistych.
W 2005 r. zmieniono przepis, dopisując do niego, że sąd "odmówi" zabezpieczenia powództwa w sprawach o publikacje, "jeśli zabezpieczeniu sprzeciwia się ważny interes publiczny". Ale według poprzedniego RPO Janusza Kochanowskiego, który zaskarżył ten przepis do Trybunału (wniosek czekał cztery lata), ta zmiana nie przyniosła pożądanego skutku.
Wczoraj na rozprawie przedstawiający wniosek w imieniu RPO Mirosław Wróblewski zaznaczył, że rzecznik nie kwestionuje konstytucyjności samego zabezpieczenia powództwa, lecz jedynie sposób, w jaki zostało uregulowane. A dokładnie to, że: - przepis jako regułę traktuje stosowanie zabezpieczenia na żądanie strony, a odstąpienie od niego czyni wyjątkiem, co samo w sobie narusza konstytucyjną wolność słowa i wolność środków społecznego przekazu; - decyzję sąd podejmuje na posiedzeniu niejawnym, więc autor publikacji nie może przedstawiać swoich racji; - przepis nie różnicuje pomiędzy ochroną osoby prywatnej a publicznej, w szczególności funkcjonariusza publicznego, który podlega przecież krytyce;
- przepis nie mówi, na jak długo można aresztować publikację, więc areszt trwa nieraz do końca procesu, który w Polsce liczy się w latach.
Zarówno występujący w imieniu Sejmu Grzegorz Karpiński (PO), jak i występująca w imieniu prokuratora generalnego Barbara Długołęcka uznali, że przepis nie narusza konstytucji. Prokurator nie bardzo nawet potrafiła wskazać jakiś ważny interes publiczny, dla ochrony którego sąd miałby odmówić aresztowania publikacji. W końcu stwierdziła, że mogłoby chodzić o prawo do wolności i bezpieczeństwa osobistego (dotyczy przede wszystkim pozbawiania wolności). Na pytanie sędziego sprawozdawcy Zbigniewa Cieślaka, czy przedłużający się w nieskończoność tymczasowy zakaz publikacji nie będzie w istocie cenzurą prewencyjną, stwierdziła, że nie, bo ona jest wtedy, gdy zakazuje się publikacji jakiegoś fragmentu, a nie całości. - Jestem od pani starsza, więc pamiętam czasy cenzury prewencyjnej. I zapewniam, że dotyczyła ona także całości publikacji - skomentowała sędzia Ewa Łętowska.
Trybunał podzielił tylko jeden zarzut rzecznika: że konstytucję narusza brak określenia, na jak długo można publikację aresztować. - Praktyka, gdy tymczasowy zakaz przeradza się w trwały, byłaby sprzeczna z konstytucją. Wybór środków, jak zdyscyplinować sądy do sprawniejszego orzekania, należy do ustawodawcy. W szczególności można rozważyć wprowadzenie ustawowo określonego terminu rozpatrzenia sprawy, w której dokonano zabezpieczenia w postaci zakazu publikacji - orzekł Trybunał.
Odroczył wejście w życie wyroku na 15 miesięcy.
Marek Frąckowiak, zastępca dyrektora generalnego Izby Wydawców Prasy: - Nie uważamy, że zabezpieczenie powództwa powinno zniknąć. Domagaliśmy się takiego jego uregulowania, by orzekano je na ściśle określony czas. I by można było je stosować tylko wyjątkowo, jeśli przemawia za tym ważny interes publiczny. Dziś jest na odwrót: można go nie zastosować, jeśli przemawia za tym ważny interes publiczny. Trybunał uznał tylko ten pierwszy postulat. Szkoda.
Jak zabezpieczają inni Zabezpieczenie powództwa w formie wstrzymania publikacji istnieje w wielu krajach. Przede wszystkim dla ochrony dobrego imienia.
Jednak np. we Włoszech, Hiszpanii i Szwecji konstytucja zakazuje zatrzymania publikacji prasowej. W Norwegii, Holandii i Niemczech dopuszcza się sądowe wstrzymanie publikacji. Ale w Niemczech tylko, jeśli przemawia za nim ochrona porządku publicznego. W Holandii, jeśli wykaże się, że tymczasowy zakaz jest konieczny, a materiał ma bezprawny charakter. Nie dotyczy to jednak publikacji prasowej, lecz jedynie audycji lub sztuki teatralnej
Historia aresztowanych publikacji - w 1992 r., na wniosek Aleksandra Gudzowatego sąd zakazał rozpowszechniania książki "Tranzytowy przekręt stulecia" o kontrakcie na budowę polskiej części rurociągu jamalskiego, autorstwa Witolda Michałowskiego. Sąd zakazał mu też pisania o Aleksandrze Gudzowatym
- w 1997 r. aresztowano na żądanie byłego pierwszego sekretarza radomskiej PZPR (w 1976 r.) Janusza Prokopiaka film "Miasto z wyrokiem", nakręcony dla
TVP - o stłumionych przez milicję w Radomiu w Czerwcu '76 protestach przeciw podwyżkom cen. Film uwolniono w 1999 r.
- w 1998 r. aresztowano film "Witajcie w życiu" o metodach naboru i szkolenia akwizytorów korporacji Amway. Aresztowany jest do dziś
- w 1998 r. "Dziennikowi Bałtyckiemu" zakazano publikować cokolwiek na temat spółki Banpol do czasu rozstrzygnięcia sądowego sporu
- w 2003 r. "Rzeczpospolita" przez rok miała zakaz publikowania czegokolwiek na temat biznesmena Andrzeja Perczyńskiego, któremu zarzucała wyprowadzanie pieniędzy z
PZU - w 2003 r. na półtora roku zakazano "Gazecie Wyborczej" wszelkich publikacji na temat Stowarzyszenia Św. Brata Alberta Chmielowskiego
- w 2005 r. sąd zakazał rozpowszechniania książki "Edyta Górniak: Bez cenzury". W 2009 r. Górniak wygrała proces przeciwko autorowi. Sąd zakazał rozpowszechniania książki wyrokiem
- w tym roku sąd "aresztował" książkę Andrzeja Żuławskiego "Nocnik" na wniosek Weroniki Rosati, która uważa, że jest w niej sportretowana