Polska w ilości danych pobieranych od teleoperatorów zdecydowanie wyprzedza wszystkie kraje UE. W 2009 r. operatorzy w Polsce odnotowali 1,06 mln zapytań od służb, prokuratury i sądów dotyczących danych z billingów i internetu. Większość kierują służby (w tym
policja).
To 27,5 zapytania na tysiąc dorosłych mieszkańców! Dla porównania drugi kraj w tej klasyfikacji -
Czechy - odnotował 10 zapytań na tysiąc mieszkańców.
Wielka Brytania i
Francja - ok. 8,5. W Niemczech takich zapytań było tylko 0,2 na tysiąc mieszkańców, czyli 35 razy mniej niż w Polsce.
Dlaczego? Bo w Niemczech i wielu innych krajach służby mają różnego rodzaju ograniczenia. A w Polsce w majestacie prawa sa po prostu podłączone do baz danych operatorów telekomunikacyjnych. I - na ich koszt - mogą pobierać informacje bez podania jakiegokolwiek powodu.
Dane na temat zapytań polskich służb zebrał od operatorów Urząd Komitetu Integracji Europejskiej na potrzeby pierwszego raportu dla Komisji Europejskiej o wykonywaniu tzw. dyrektywy o retencji danych. Ta kontrowersyjna dyrektywa została przyjęta w 2006 r. w ramach ułatwienia walki z terroryzmem. Nakazuje operatorom przechowywanie danych o połączeniach abonentów przez 6-24 miesiące.
Szokujące dane o skali sięgania przez polskie służby po billingi zdobyła z UKIE fundacja Panoptykon, która wraz z ponad 100 innymi organizacjami z całej Europy walczy z dyrektywą retencyjną, żądając jej zniesienia lub maksymalnego skrócenia okresu przechowywania danych.
Z badań wynika, że to brak jakichkolwiek ograniczeń korzystania z billingów sprawił, że Polska stała się europejskim liderem w inwigilacji obywateli.
- W innych krajach są ograniczenia - mówi Katarzyna Szymielewicz, szefowa fundacji Panoptykon. - Np. we Włoszech służby muszą prosić o dane od teleoperatorów za pośrednictwem sądu. W Czechach policja musi prosić o zgodę sąd i wykazać, że podejrzewa "poważne przestępstwo". Tylko w sprawach o terroryzm może sama pytać operatorów. W Wielkiej Brytanii służby muszą płacić operatorom za każde zapytanie. Jeśli chodzi o dostęp do danych internetowych, to np. wywiad MI5 potrzebuje zgody ministerstwa spraw wewnętrznych. A policja musi mieć każdorazowo zgodę specjalnego komisarza ds. nadzoru.
Polskie służby pobierają, co chcą, kiedy chcą i nikogo nie muszą pytać o zgodę. Jak informowaliśmy niedawno ("Parszywa dziesiątka", 8 października), na dużą skalę robią to w stosunku do dziennikarzy, by ustalić ich kontakty. W ten sposób obchodzą tajemnicę dziennikarskich źródeł informacji - zagwarantowaną w kodeksie postępowania karnego i w prawie prasowym.
W Polsce nadzór obejmuje jedynie podsłuchy i kontrolę korespondencji. Większość metod inwigilacji jest poza jakąkolwiek zewnętrzną kontrolą.
Przeczytaj też
Jak służby zaglądają nam w telefon
i
komentarz Ewy Siedleckiej