Ameryka szuka rozwiązań, które uczynią świat stabilnym, a jednym z nich jest spowodowanie, by ONZ była skuteczna i wiarygodna. Dlatego w najbliższych latach będziemy chcieli zreformować Radę Bezpieczeństwa, w tym m.in. wprowadzić
Indie jako stałego jej członka - mówił wczoraj Obama w hinduskim parlamencie w ostatnim, trzecim dniu wizyty w Indiach.
Choć prezydent nie podał żadnych szczegółów, dostał owację na stojąco. - Kluczowym atrybutem mocarstwa jest nie siła militarna czy ekonomiczna, ale możliwość wpływania na politykę międzynarodową. Rada Bezpieczeństwa jest do tego świetną okazją - tłumaczy Srinath Raghavan z Centrum Badań Politycznych w New Delhi.
Liczące 1,2 mld mieszkańców Indie - szybko rozwijająca się 11. gospodarka świata - od dawna marzą o stałym miejscu w Radzie Bezpieczeństwa. To najważniejsza agenda ONZ, która zajmuje się misjami pokojowymi, nakłada sankcje na państwa, a nawet przeprowadza operacje militarne przeciwko agresorowi, który zaatakował inny kraj należący do Narodów Zjednoczonych. Stały członek Rady ma zaś specjalny przywilej - może zawetować wszystkie jej decyzje.
Dziś stałymi członkami są:
USA,
Rosja, Chiny, Francja i Wlk. Brytania. Do tego dochodzi dziesięć państw wybieranych na dwuletnie kadencje. Indyjski rząd otrzymał już propozycję zostania stałym członkiem Rady w 1955 r., ale wówczas rząd Jawaharlala Nehru odrzucił ją, tłumacząc, że taką samą ofertę powinny dostać Chiny.
Pekin taką propozycję otrzymał w 1971 r., gdy zastąpił w ONZ Republikę Chin, czyli
Tajwan rządzony przez uciekinierów pokonanych podczas wojny domowej. Ale o Indiach nikt wtedy nie pomyślał.
Obama przypomniał sobie o nich nieprzypadkowo. Amerykanie przez dziesięciolecia nie mieli dobrych relacji z Indiami, których kolejne rządy wolały bliżej współpracować z ZSRR. Także po upadku Związku Radzieckiego Waszyngton miał inne priorytety. Najlepiej świadczy dziś o tym wymiana handlowa pomiędzy obydwoma krajami - to zaledwie 40 mld dol. (dla porównania Tajwan to 68 mld dol.).
Dopiero operacja w Afganistanie spowodowała, że USA postanowiły zdecydowanie ocieplić stosunki z Delhi. Indie są bowiem kluczem do uspokojenia całego regionu.
Indie miały od zawsze bardzo dobre relacje z Afganistanem - oba kraje zbliży do siebie wspólny wróg Pakistan. Islamabad nie uznaje bowiem ani granicy z Afganistanem, ani z Indiami. Z tymi ostatnimi od dziesięcioleci spiera się o Kaszmir, co wielokrotnie doprowadziło do granicznych potyczek.
Do dziś przy hinduskiej granicy Pakistan utrzymuje setki tysięcy żołnierzy, których mógłby przerzucić na pogranicze afgańskie, by skutecznie zwalczać tamtejszych talibów. I tu koło się zamyka, bo bez tego nie da się pokonać rebeliantów w Afganistanie, którzy swoje kryjówki i bazy już dawno przerzucili właśnie na pakistańskie pogranicze.
Dziś stosunki między obu krajami są napięte, bo Indie brutalnie stłumiły ostatnio zamieszki w Kaszmirze, zabijając lub raniąc ponad sto osób. Dlatego Obama mówił wczoraj, że jest gotów pomóc w zakończeniu hindusko-pakistańskiego sporu.
Prezydent USA wykonał też inny ważny gest - w Bombaju zamieszkał w hotelu Tadż Mahal, który jesienią 2008 r. został zaatakowany i zniszczony przez pochodzących z Pakistanu islamskich terrorystów. Spotkał się też z osobami, które przeżyły wówczas kilkudniowe walki, w których zginęło prawie 200 osób.