O karach kościelnych, jakie dotkną polityków natychmiast po zagłosowaniu za in vitro już wiemy. O tym, że grożą im także przykre niespodzianki w zaświatach, mało kto słyszał. Dotyczy to na przykład głowy państwa.
W liście otwartym do prezydenta Bronisława Komorowskiego wydrukowanym w tygodniku "Idziemy" informuje o tym ks. prof. Jerzy Bajda. "Niech się Pan Panie Prezydencie dobrze zastanowi, jakie stanowisko zająć w sprawie ustawy o in vitro". Bo podpisanie ustawy o sztucznym zapłodnieniu oznacza "że Pan pozbawi się prawa do uczestnictwa w Eucharystii, a zuchwałe upieranie się przy prawie do komunii świętej oznaczałoby bardzo ciężkie świętokradztwo, po którym Pan nie będzie mógł spokojnie myśleć o tym, co Pana czeka w chwili śmierci. Lepiej z Panem Bogiem nie zadzierać", radzi ks. Bajda.
Ta bezinteresowna troska o duszę prezydenta jest godna podziwu. Zaimponował mi też przewodniczący Episkopatu abp Józef Michalik. W odróżnieniu od ks. Bajdy dysponuje wiedzą bardziej ziemską, bo weterynaryjną. "Zarodkami ludzkimi leczy się chore zwierzęta. Jest to przecież oburzające podeptanie prawa człowieka do życia i godności, dla zdrowo myślących ludzi zupełnie niedopuszczalne", pisze w "Niedzieli".
Faktycznie, dla zdrowo myślących ludzi takie absurdy są szokujące. Abp Michalik zdradza też kulisy listu biskupów do polityków (m.in. o tym że in vitro to młodsza siostra eugeniki). Otóż list powstał "z inspiracji życzliwych ludzi ze środowiska dziennikarskiego w Warszawie". Nigdy nie wątpiłam w otwartość przewodniczącego Episkopatu na media.
Wątpliwości ogarnęły mnie za to po lekturze artykułu ks. Tomasza Jaklewicza w "Gościu Niedzielnym". Nie ma w nim aprobaty dla in vitro, ale czytamy: "Duszpasterze powinni docenić to, że intencja ludzi decydujących się na in vitro, czyli chęć posiadania naturalnego potomstwa jest z gruntu rzeczy dobra. Sama intencja nie decyduje jeszcze o godziwości czynu (bo cel nie uświęca środków), ale błędem jest także ignorowanie tej dobrej intencji przy ocenie moralnej czynu", pisze. Poza tym ks. Jaklewiczowi "wydaje się", że "niektóre wypowiedzi ze strony przedstawicieli Kościoła nie zawsze liczyły się z wrażliwością ludzi cierpiących na bezpłodność".
Najwyraźniej ks. Jaklewicz uległ liberalnej tendencji do zagłaskiwania prawdy. Nie ma co się litować nad grzesznikiem, prawda musi boleć. Eugenika, ekskomunika i basta.
Źródło: Gazeta Wyborcza