Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Izabela Pietruczuk od czterech lat jest radną PO w Białymstoku. I choć w nieoficjalnych rozmowach partyjni koledzy chwalą ją za aktywność, dostała piąte miejsce na liście do rady miejskiej. - Pozostali radni, mężczyźni, są na jedynkach list - mówi "Gazecie". I dodaje, że jest ofiarą lokalnego konfliktu o władzę liderów podlaskiej PO Damiana Raczkowskiego i Roberta Tyszkiewicza. - Zostałam ukarana, bo poparłam Raczkowskiego - mówi radna Platformy. - Deklaracje o parytecie są puste. Partia stawia na kobiety, ale tylko te posłuszne. Na mojej liście drugie miejsce dostała studentka, bez doświadczenia w polityce. Na inne listy wzięto pracownice urzędów, gdzie rządzi PO. Pisałam w tej sprawie do szefa partii Donalda Tuska, ale nie dostałam odpowiedzi - żali się nasza rozmówczyni.
Być kobietą - lepiej za rok - Wprowadzamy parytet. Ale dopiero za rok w wyborach parlamentarnych. Taka była niedawna uchwała rady krajowej Platformy. W pierwszej piątce na listach będą nie mniej niż dwie kobiety - tłumaczy brak parytetu szef białostockiej PO Tadeusz Arłukowicz. Pytany, dlaczego doświadczona radna dostała gorsze miejsce na liście niż studentka, robi uniki. - To była decyzja kolegialna. Listy do rady miejskiej zatwierdza rada powiatu. Ja muszę ją zaakceptować.
Ale to niejedyny przypadek spychania kobiet na dalsze miejsca w PO. Jedynką na liście Platformy do sejmiku podkarpackiego miała być lokalna bizneswoman Iwona Kołek, ale gdy okazało się, że na to miejsce ma chrapkę tamtejszy marszałek województwa Zygmunt Cholewiński, który nie dostał się na listę
PiS, musiała ustąpić. PO liczy, że Cholewiński odbierze głosy PiS, które rządzi w regionie. Nie po raz pierwszy taktyka wyborcza wygrywa w Platformie z parytetem. W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 r. liderka podkarpackiej PO Elżbieta Łukacijewska musiała oddać jedynkę b. liderowi AWS Marianowi Krzaklewskiemu. Ale przebiła go, zdobywając więcej głosów.
Mężczyźni nie chcą ustąpić Mimo wielkiej kampanii w sprawie parytetu prowadzonej od dwóch lat przez Kongres Kobiet na listach PO do samorządów jest zaledwie 31,4 proc. kobiet. Prawie tyle samo co na listach przeciwnego parytetom PiS (30 proc.). I to mimo że parytet poparł w kampanii prezydenckiej Bronisław Komorowski, a jego zwolennikiem jest premier
Donald Tusk. To dość mizerny wynik w porównaniu z wyborami sprzed czterech lat - zanim parytet stał się jednym z najczęściej powtarzanych politycznych haseł - na listach największych partii i komitetów było około 29 proc. kobiet.
Wśród kandydatów PO na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jest zaledwie 14,8 proc. kobiet. Nie wiadomo, ile jedynek na listach Platformy dostały kobiety, bo partia jeszcze tego nie obliczyła. Według ustalonego przez Tuska wewnętrznego parytetu kobiety miały być na połowie pierwszych miejsc i co najmniej dwie w pierwszej piątce.
- Donald Tusk tyle mówił o parytecie, ale liczby mówią same za siebie. Krowa, która dużo ryczy, daje mało mleka - triumfuje Joachim Brudziński, który odpowiada w PiS za struktury. - My otwieramy drzwi dla kobiet bez parytetu - zapewnia. Ale gdy przyjrzeć się liczbom, widać, że PiS wcale nie stawia tak chętnie na kobiety. Wśród kandydatów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast jest zaledwie 13,8 proc. pań. - Cieszyłbym się, gdyby pań było więcej w polityce, bo wnoszą więcej spokoju. A jak jest spokojniej, to jest bardziej merytorycznie - mówi Brudziński, dodając, że kobiety wciąż nie garną się do polityki.
Wiceszef klubu PO Waldy Dzikowski przyznaje, że trochę winy jest po męskiej stronie. - Można ułożyć listę tak, żeby pogodzić ambicje mężczyzn i kobiet. Ale panie też muszą być przygotowane na różne frakcyjne walki w partiach i na wycinanie, które niestety czasem się zdarza - mówi Dzikowski.
Dalej od Warszawy, dalej od parytetu Najbliżej parytetu jest
SLD. Na listach Sojuszu do samorządów jest 40 proc. kobiet. SLD oddał paniom aż 30 proc. jedynek.
- Przewodniczący Sojuszu
Grzegorz Napieralski był bardzo zdeterminowany, żeby na listach było jak najwięcej kobiet - mówi rzecznik Sojuszu Tomasz Kalita. Ale przyznaje, że opór w terenie był duży. Do biura Kongresu Kobiet zgłosiło się sporo pań ze skargami, że były spychane na gorsze miejsca na listach SLD.
Iwonie Borchulskiej, szefowej regionu śląskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, Sojusz proponował start z drugiego miejsca do sejmiku wojewódzkiego. Pielęgniarki skupione w Forum Związków Zawodowych podpisały nawet porozumienie z miejscowym SLD. Jednak gdy znaleźli się panowie chętni do startu z pierwszych miejsc na liście, Borchulska spadła na trójkę. Odmówiła startu, zrezygnowały też inne pielęgniarki.
- Mężczyźni mówią, że kobiety nie chcą działać w polityce, ale prawda jest taka, że oferuje się im gorsze miejsca, z których nie mają szansy wejść - mówi Borchulska. I dodaje, że sprawę może załatwić ustawa o parytecie, która wprowadzi wzorem francuskim tzw. suwak, czyli zagwarantuje kobietom pierwsze miejsca na listach. Ale w Polsce na taką ustawę nie ma szans. PO chce wprowadzić 30 proc. kwoty dla kobiet na listach.
- Ustawa o parytecie sporo by ułatwiła. Szefowie lokalnych struktur musieliby się podporządkować - przyznaje Tomasz Kalita.
Ale dodaje, że w Warszawie są nawet takie listy, na których jest więcej niż 50 proc. kobiet. Podobnie jest w PO. Ale im dalej od Warszawy, tym gorzej. - Na Podkarpaciu mamy zaledwie 25 proc. kobiet - ubolewa wiceszefowa klubu PO Małgorzata Kidawa-Błońska.
Szef kampanii samorządowej
PSL Stanisław Grzeszczak z podobnego wyniku jest zadowolony. - Na listach w całej Polsce mamy 27,5 proc. kobiet. To prawie tyle co PO, która tak dużo mówiła o parytecie. Ale nas proszę nie rozliczać, bo nigdy nie obiecywaliśmy parytetu - mówi nam Grzeszczak.
Ile kobiet jest na listach samorządowych największych partii:
* PO - 31,4 proc.
* PiS - 30 proc.
* SLD - 40 proc.
* PSL - 27,5 proc.
W czwartek po południu rozmowa z Ewą Kierzkowską, wicemarszałek Sejmu, jedyną posłanką PSL: Czy posłanka musi wyzbyć się kobiecości?