http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chciało się fruwać

Donata Subbotko
2010-11-07, ostatnia aktualizacja 2010-11-02 16:58

Waldemar Marszałek jako pierwszy w historii zdobył trzy razy z rzędu tytuł mistrza świata, za co został uhonorowany Złotym Medalem UIM (Światowa Federacja Motorowodna)
Waldemar Marszałek jako pierwszy w historii zdobył trzy razy z rzędu tytuł mistrza świata, za co został uhonorowany Złotym Medalem UIM (Światowa Federacja Motorowodna)
Fot. PRZEGLAD SPORTOWY

"Lot łódką to tak, jakby człowiek włożył język do kontaktu, wtedy może by i nie żył". Rozmowa z Waldemarem Marszałkiem, legendą polskiego sportu

Powrót Waldemara Marszałka do Polski po wypadku w RFN w 1982 r.
Powrót Waldemara Marszałka do Polski po wypadku w RFN w 1982 r.
rok 1990. Waldemar Marszałek odbiera Puchar Świata. Tylko on zdobył tę nagrodę dwa razy
rok 1990. Waldemar Marszałek odbiera Puchar Świata. Tylko on zdobył tę nagrodę...
Zawody motorówek i ślizgaczy na Wiśle. Warszawa, 1993 rok
Zawody motorówek i ślizgaczy na Wiśle. Warszawa, 1993 rok
- Byłem jak partyzant, zawsze sam - wspomina Waldemar Marszałek
- Byłem jak partyzant, zawsze sam - wspomina Waldemar Marszałek
Ile razy pan umierał?

- Tylko raz, ale wiele razy ocierałem się o śmierć.

Był tunel i światełko?

- Ludzie bredzą, że widzą ognik, tunel, słyszą dzwoneczek Ja mówię, że nie ma nic i że śmierć nie boli. Nie należy się jej bać. Człowiek od razu jest po drugiej stronie. Co innego jak ktoś choruje, cierpi za życia, ale sama śmierć trwa ułamek sekundy.

Wsiada pan jeszcze czasem do łódki?

- Tylko na ryby. Łódką wyścigową ostatni raz jechałem w 2003 roku w Chinach. Do zrobienia było sześć okrążeń, już na trzecim kółku miałem czarno przed oczami. Zjechałem do boksu, bo pomyślałem, że w końcu naprawdę się zabiję i nie będzie mnie jak przywieźć z tych Chin. W życiu już do łódki nie wsiądę, człowiek nie może z siebie robić małpy. Bartek, mój syn, który też jeździ, namawiał mnie, żeby się przejechać jego Formułą 2, ale nie. Zresztą obaj synowie z tym sportem wiązali przyszłość

Dzisiaj są całkiem inne łódki niż kiedyś.

- Nie psuje się to, ma system zabezpieczeń, butlę tlenową - jak łódka się wywróci, to zawodnik ma pod wodą czym oddychać. Ja pływałem w łódce, w której nic człowieka nie chroniło, nic. I nikt mi nie pomagał. Byłem jak partyzant, zawsze sam. Dawałem ludziom nadzieję, że z niczego można zrobić coś. Moje nazwisko było w czytankach szkolnych, dzieci mnie rysowały, przysyłały swoje prace, ludzie pisali listy. Kiedyś Anna Dymna zaprosiła mnie na swój benefis, powiedziała, że pomogłem jej w życiu. Okazało się, że po śmierci męża te moje sukcesy dawały jej wiarę, że wszystko można przetrwać. A przecież byłem zwykłym człowiekiem chodzącym po ulicy. Tyle że hardym - na wodzie i w życiu.

Jak pan sięga daleko pamięcią w to życie, to co pierwszego się przypomina?

- Nie uwierzy pani, ale radziecki czołg. Mógł to być rok 1945 albo 1946. Urodziłem się w 1942, naprzeciw mojego domu mieścił się wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, czyli UB. Tam stał ten czołg, ale nie wiem, po co. Pamiętam też otwarcie Trasy W-Z, szedłem z tłumem, który doprowadził mnie do tunelu, tam zabłądziłem i popłakałem się. Miałem z sześć lat.

Mieszkałem nad Wisłą, w okolicy Portu Praskiego. Pamiętam, że jak rodzice kupili mi na gwiazdkę narty, to trochę się nimi pocieszyłem, ale jak przyszła wiosna, to pociąłem je i zrobiłem sobie łódkę, którą puszczałem po rzece. Pewnie dlatego, że wtedy popularne były wyścigi motorowodne na Wiśle, Puchar Rafała Pragi. Pół życia spędzaliśmy z dzieciakami nad wodą.

To pewnie szybko nauczył się pan pływać?

- Sprawdzianem dla chłopaczków z ulicy było przepłynięcie Portu Praskiego. Boże, ilu ludzi tam się utopiło! Wtedy Wisła była rzeką żeglowną, głęboką, nie to co dzisiaj, że można ją przejść, podciągając spodnie do kolan. Nawet jak było zimno, najpóźniej 30 kwietnia każdego roku, musiałem wejść do rzeki. Pamiętam, jak pierwszy raz udało mi się przepłynąć na drugą stronę. Ze dwie godziny odpoczywałem. A potem jeszcze musiałem wracać, bo przecież zostawiłem ubranie na drugim brzegu.

I mama pozwalała?

- Nie wiedziała, skąd! Ojciec też nie. W skórę bym dostał.

Często pan dostawał?

- Rzadko, bo mama chorowała, a ojca nie było w domu, musiał pracować, żeby nas utrzymać. Na jedzenie starczało. Pracował w rzeźni, chodził w białym fartuchu i robił badania mięsa.

Byłem jedynakiem. Miałem 11 lat, jak mama zmarła. Na nowotwór. Teraz co trzecia osoba choruje i jakoś z tego ludzie wychodzą, ale wtedy nie. Była leczona radem. Ostatnie trzy lata nie wstawała z łóżka, męczyła się strasznie. Wszystko przy niej robiłem. Dawałem jej zastrzyki z morfiny. No, ale trzeba było najpierw tę morfinę zdobyć, więc po szkole latałem po całej Warszawie z receptą, żeby gdzieś ją kupić. W jednej aptece mi sprzedali, a w pięciu innych nie chcieli, bo przecież dzieciak byłem. Nieraz i o dziesiątej wieczorem zjeżdżałem do domu, bo nigdzie mi nie chcieli sprzedać, a wiedziałem, że matka na to czeka, bez zastrzyków by nie wytrzymała. Z początku przychodziła do nas pielęgniarka, ale matka potrzebowała opieki o różnych porach, więc się nauczyłem i robiłem te zastrzyki. Także po nocach, niemal przez sen.

A tata?

- Nie umiał, bał się czy jak.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    64 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':