No i trafiłeś do korporacji. Agora wydaje twoją książkę "Dezerter - poroniona generacja?".
- Wydaję książkę u Tomika Grewińskiego, który się dogadał z Agorą. Świat wygląda tak, że nie da się uniknąć kontaktu z korporacjami.
A co jest złego w korporacjach?
- Są korporacje i korporacje. Jedne sprzedają dobre rzeczy, a inne - złudzenia. Narzucają przekonanie, że jak nie masz np. jakichś tam butów, jesteś nikim - czy to w Afryce, czy na Grenlandii.
Świat się ujednolica, a ludzie się na to godzą, bo większości nie interesuje, czy ktoś im wciska kit. Tylko nieliczni tworzą własną rzeczywistość.
Ty próbujesz?
- Nieustająco.
Nie żyjesz tylko z muzyki. Co robisz w pracy?
- Opracowuję projekty graficzne - okładki płyt, reklamy prasowe, billboardy muzyczne. Jestem swoim szefem i pracownikiem. Staram się pracować od ósmej do szesnastej, kiedy mam na to ochotę. A jak nie mam, to nie pracuję. Teraz mam trasę koncertową, więc jestem w innej pracy.
Fajna praca?
- Zdarza się, że coś mnie nudzi, ale traktuję to jako wyzwanie. Kumpel ma firmę informatyczną, pisze programy - nudne, księgowo-budżetowo--podatkowe. Często prosi mnie o ikonki do tych programów. To wyzwanie, żeby księgowy opis zawrzeć w obrazku 20 na 20 pikseli. Jak już czytam listę tych ikonek, to zasypiam. Ale zaczyna się myśleć: segregator, notatnik, dysk twardy.
Pracujesz dla kasy?
- Pewnie, że tak.
To nie zdrada punkowych ideałów? Jak powstawał Dezerter, miałeś inne idee w głowie.
- Zwłaszcza jak się miało 18 lat w PRL-u. Kariera to było niezrozumiałe słowo. Myśleliśmy nie o pracy, tylko o jej unikaniu. Ale w 1985 roku, jak się nie dostałem na studia, musiałem iść do roboty. Był obowiązek zatrudnienia - przeciwko tzw. niebieskim ptakom, dziś zwanym "bezrobotnymi z wyboru".
Byłeś przecież muzykiem.
- Od trzech lat. Przed 1989 rokiem trzy razy występowaliśmy do Ministerstwa Kultury, żeby pozwolili nam zostać oficjalnie muzykami. Bez tej zgody nie można było zarabiać - jak jechaliśmy na drugi koniec Polski na koncert, dostawaliśmy tylko zwrot za bilety i dietę na obiad. Do pewnego momentu to było fajne, ale potem nie mieliśmy sobie za co kupić nowych strun. Trzykrotnie nam odmawiali, nawet po wydaniu płyty.
Zatrudniłem się u kuzyna, który był prywaciarzem i robił stymulatory do elektromasażu leczniczego. Pracowałem tam na papierze przez cztery lata. Umowa była jasna: chętnie trochę popracuję i zarobię, ale mam też wyjazdy i koncerty. Kuzyn stwierdził, że i tak u niego się zarabia na akord, więc luz. Zrezygnowałem w 1989 roku, jak się zaczęły wyjazdy zagraniczne z Dezerterem. Trzeba się było zdecydować: albo gramy, albo pracujemy.
Żyliście wtedy z muzyki?
- Od 1989 do 1999 roku. Dziesięć lat się udawało, aż pod koniec XX wieku załamał się polski rynek muzyczny.
Źródło: Duży Format