http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Amator kwaśnych jabłek

Rozmawiał Dariusz Zaborek
2011-07-01, ostatnia aktualizacja 2010-11-04 11:54

Bycie sobą to takie życie, że nie opowiadasz fantastycznych historii o swojej katolickiej rodzinie. I nie opowiadasz fantastycznych historii, jakie to odnosiłeś sukcesy jako playboy uwodzący piękne kobiety - profesor Michał Głowiński o swoim homoseksualizmie, klaustrofobii i żydostwie


Fot. Wydawnictwo Literackie

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Dariusz Zaborek: Gra pan w szachy?

Michał Głowiński: Nie.

Ale grał pan?

- Do dzisiaj pamiętam zasady.

Kiedy się pan nauczył?

- Jako dziecko, w getcie. Gdy zaczęły się wywózki do Treblinki, ukrywano mnie, jedynym zajęciem była gra w szachy.

Od dawna pan nie gra?

- Nigdy nie gram.

Od tamtej pory?

- Od tamtej pory. Miałem osiem lat i trzy miesiące. Był styczeń 1943 roku, z rodzicami udało nam się wydostać z getta. Irena Sendlerowa znalazła nam kryjówkę w pokoju na ostatnim piętrze zniszczonego domu przy Srebrnej. Zamieszkałem w nim z matką i ciotką Teodorą. Z getta udało mi się zabrać szachy i godzinami grałem sam ze sobą. Raz ktoś zaczął tłuc do drzwi. Facet już w progu mówił, że jesteśmy Żydami i odda nas w ręce Niemców. Matka z ciotką tłumaczyły, że się pomylił, że dokumenty mamy w porządku. Nie chciał słuchać, chciał pieniędzy. Poza nędznymi groszami nie mieliśmy nic. Ojciec ukrywał się w innej części miasta i miał resztki biżuterii na czarną godzinę.

Co zrobiliście?

- Szmalcownik zgodził się, że ciotka pójdzie na miasto załatwić okup, a ja z matką zostaniemy jako zakładnicy. Nie wiem, ile godzin to trwało. Siedzieliśmy w grobowej ciszy, on na taborecie, w szarym palcie, z krótkim wąsem. Powtarzał, że marnuje czas. A ja, w strachu, bezmyślnie rozłożyłem szachownicę, ale figury przesuwałem bez ładu i składu. Nagle ten szantażysta powiedział, że ze mną zagra. Nie pamiętam, który z nas wygrywał. Nie skończyliśmy, bo wróciła ciotka. Krzyczał, że przyniosła za mało, ale zabrał łup i wyszedł.

Wie pan, wciąż mam przed oczyma tego faceta, który zarabiał w sposób najstraszniejszy - jako okupacyjna hiena.

Nie udało się zapomnieć?

- Nie.

Ale psychika musi się jakoś bronić?

- Wiem, dlatego masę szczegółów z dzieciństwa zapomniałem.

"Nie znalazłem wspólnego języka z kolegami, którzy mnie nie lubili, z nikim się nie zaprzyjaźniłem, byłem samotny, co tym bardziej było uciążliwe, że bez przerwy znajdowałem się w gromadzie" - pisał pan.

- Tylko w siostrach widziałem opiekunki, miałem pewność, że będą mnie bronić przed innymi. Bo dzięki Irenie Sendlerowej zimą 1944 roku trafiłem do sierocińca sióstr służebniczek Najświętszej Marii Panny w Turkowicach koło Hrubieszowa. Głównie były tam dzieci z Warszawy - dzieci ulicy, marginesu społecznego. Raz okrążyli mnie trzej bracia, to się działo w niedzielę, i powiedzieli: "Jutro wydamy cię Niemcom". Więc miałem się czego bać. Do dzisiaj pamiętam ich nazwisko - Zielińscy.

Źródło: Duży Format
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    77 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':