http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bunt Kalifornii, czyli zapalmy sobie trawkę

Mariusz Zawadzki, Mendocino w Kalifornii
2010-10-30, ostatnia aktualizacja 2010-10-30 13:37

Ed Willey i Sol Posada sprawdzają stan uprawy na legalnej plantacji marihuany w Davenport w południowej Kalifornii
Ed Willey i Sol Posada sprawdzają stan uprawy na legalnej plantacji marihuany w Davenport w południowej Kalifornii
Fot. Marcio Jose Sanchez AP

We wtorek Kalifornia może się stać pierwszym stanem USA, w którym palenie marihuany będzie całkowicie legalne. Ale w stanowym referendum "nie" głosować będą m.in. sami producenci marihuany

Mendocino, rozległe hrabstwo 200 km na północ od San Francisco, nawet bez wypalenia skręta wydaje się rajem. Plaże, słońce, bezkresny Pacyfik na horyzoncie, góry porośnięte bujną roślinnością, malownicze skaliste wysepki i drewniane domki na skraju pięknych i groźnych klifów.

Ale dla Steve'a i jego trzech kumpli najważniejsza jest marihuana. Sprowadzili się tutaj w 2000 r., kiedy władze hrabstwa - jako pierwsze w Kalifornii - oficjalnie pozwoliły ją uprawiać.

Latem żyją jak dzicy. Przenoszą się na swe ranczo w górach, gdzie nie ma prądu, a komórki nie mają zasięgu. Mieszkają w przyczepie w środku lasu. Co parę dni któryś bierze auto i wyskakuje do miasteczka po prowiant. - Cywilizacja, elektryczność, komórki, to wszystko przeszkadza w paleniu trawki - mówi Steve. - Żeby przyjemność była maksymalna, musisz się zrelaksować i oderwać od świata.

Wszyscy czterej przyznają, że rzadko kiedy są zupełnie przytomni. - Legalizacja to zły pomysł. We wtorek w referendum będę głosował "nie" - mówi Steve, zaciągając się trzecim tego dnia skrętem. A może czwartym, chichocze, sam już nie pamięta.

Wtorkowe referendum w Kalifornii przeprowadzane jest przy okazji wyborów do Kongresu USA. Stan jako pierwszy w USA zalegalizuje marihuanę, jeśli tylko większość głosujących odpowie "tak" na tzw. Propozycję 19. Zakłada ona, że osoby powyżej 21. roku życia będą mogły mieć przy sobie 28 g marihuany i palić ją w domu albo w wyznaczonych przez władze palarniach.

Każdy Kalifornijczyk będzie też mógł uprawiać marihuanę w ogródku o powierzchni 2 m kw., a władze stanu jej sprzedaż opodatkują.

Wiemy, ale nie powiemy

W hrabstwie Mendocino, w którym marihuanę uprawiają prawie wszyscy, znalezienie kogoś, kto się do tego przyzna, zajęło mi cały dzień. Ludzie się boją, bo legalizacja wcale nie przyniosła im spodziewanej wolności i spokoju. A już na pewno nie wyszła na zdrowie dwóm plantatorom, których latem postrzelili ludzie szeryfa.

- Oczywiście, że znam masę plantatorów, tutaj prawie każdy ma przynajmniej kilka grządek, ale nie dam ci żadnego kontaktu. To może być niebezpieczne - mówią mi od rana we wszystkich sklepach i knajpach kolejnych urokliwych miasteczek hrabstwa, przez które przejeżdżam nadmorską szosą z San Francisco.

- Widzisz ten sklep ogrodniczy? Za tym sklepem jest podwórko, a w podwórku drugi sklep, w którym wszyscy kupujemy, to znaczy, przepraszam, w którym plantatorzy kupują nawozy - kobieta w aptece poniewczasie gryzie się w język.

Sprzedawca w podwórku opowiada mi, jaka ziemia jest najlepsza do upraw, omawia rodzaje upraw, pokazuje różne odżywki, ale jest spięty. - W zasadzie to w tym sklepie nie wolno używać słowa "marihuana" - mówi wreszcie. Też nie chce mi dać żadnych kontaktów.

- To może powiesz przynajmniej, gdzie mogę spotkać plantatorów - pytam. - Chodzi ci o cotygodniowe spotkanie plantatorów? Co piątek spotykamy się, tzn. przepraszam, oni spotykają się w... - sprzedawca wybucha śmiechem. - Nie powiem ci gdzie, ale możesz po południu wpaść do knajpy Cove Coffee nad brzegiem morza.

Ten okropny szeryf

- To wszystko przez nowego szeryfa, który uwziął się na nas i egzekwuje przepisy - wyjaśnia mi poznany w Cove Coffee Steve, kiedy jedziemy na jego ranczo. - A przepisy w Mendocino, mimo, że najłagodniejsze w całej Kalifornii, i tak są do d....

W 1996 r. Kalifornia jako pierwszy stan USA zezwoliła na palenie marihuany w celu uśmierzenia bólu, np. przy przewlekłej chorobie. Potrzebna jest tylko recepta od lekarza, a trawkę można kupić w specjalnych punktach dystrybucji.

Hrabstwa Mendocino i Humboldt stały się słynne w całym stanie, bo zezwoliły swoim obywatelom na przydomową uprawę marihuany, ale tylko do 25 roślin, obwarowując to dodatkowymi warunkami. Uprawa nie może być np. blisko szkoły, nie może być widoczna z zewnątrz posesji, do naświetlania roślin nie można używać więcej niż 600 watów prądu (ekologia!).

Tak wyprodukowaną marihuanę wolno sprzedawać w punktach dystrybucji jako "leczniczą". No i trzeba zapłacić podatek.

Na początku tego roku władze zwiększyły limit do 99 roślin. Trzeba jednak tak zorganizować uprawę, by intensywny zapach dojrzewającej marihuany nie przeszkadzał sąsiadom i osobom przechodzącym koło posesji.

- Przez te ograniczenia większość z nas się w ogóle nie zarejestrowała - mówi Steve. - Uwierz mi, większość ludzi tutaj uprawia więcej niż 99 roślin. Poprzedni szeryf przymykał na to oko, obecny zaczął robić jakieś naloty, kontrole, pościgi, strzelaniny... Szkoda gadać!

Szeryf Tom Allman skrupulatnie wylicza, że od początku roku jego ludzie zniszczyli 471 tys. 995 nielegalnych roślin, czyli 30 tys. więcej niż w całym 2009 r. W wielu przypadkach likwidowali dzikie plantacje na państwowej ziemi, poukrywane gdzieś pośród gór. Uprawiają je nie tutejsi plantatorzy tacy jak Steve, lecz latynoskie gangi. Szeryf ma helikopter, który niemal codziennie lustruje okolicę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 24 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    54 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':