Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Wyjaśnieniu może posłużyć teoria implikatur konwersacyjnych Paula Grice'a: za ich pomocą można w danej wypowiedzi zasugerować coś nie twierdząc tego wprost, więc nie narażając się na zarzut kłamstwa.
Wspomniane zdanie nie twierdzi, ale jedynie presuponuje, że profesor X zwykle co najmniej raz na tydzień się upija. Jednak jeśli jest to kłamstwo, to takie twierdzenie może zrobić krzywdę nawet większą niż rozpowiadanie wprost, że się gdzieś widziało X-a pijanego do nieprzytomności i że tak się dzieje regularnie. Słysząc w życiu takie twierdzenia, osądzamy je jako plotkę i wyraz agresji osoby rozpowiadającej takie rzeczy.
Ale jeśli aluzja wypowiedziana jest tonem pełnym moralnego oburzenia, to podmiot wypowiadający takie zdanie stawia się w pozycji moralnie czystego i wolnego od złych intencji! Tak właśnie czynią ostatnio politycy Prawa i Sprawiedliwości, bo kłamliwemu przypisaniu drugiej stronie morderczych intencji towarzyszy konstruowanie siebie jako niewinnych ofiar.
Dużo mniej zjadliwą i groźną formą agresji są wszelkie wypowiedzi o "dorzynaniu watahy" itd., gdyż nie udają one czegoś, czym nie są. Nie kłamią. Są wyłącznie wyrazem "bojowego" ducha wypowiadających je osób. Sytuacja konstruowana przez takie wypowiedzi jest po prostu sytuacją walki politycznej - bezwzględnej i bezpardonowej oczywiście, ale jednak takiej, w której obie strony zdefiniowane są symetrycznie jako walczące. Ich autorzy nie są ani ofiarami, ani sprawiedliwymi mścicielami, a adresaci nie są mordercami ani moralnymi potworami tylko bardzo mocno nielubianymi przeciwnikami politycznymi.
Natomiast obecne i wcześniejsze wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i jego towarzyszy zawierają takie właśnie presupozycje: oni są mordercami, a my jesteśmy, albo zaraz będziemy, ich ofiarami.
Żadne wypowiedziane wprost agresywne słowa nie niosą w sobie tyle nienawiści i nie nawołują do zemsty za niewinną krew tak bardzo, jak np. prośby kandydata na prezydenta Łodzi, aby Tusk nie wybijał opozycji politycznej, bo "my mamy żony, dzieci, panie premierze, my chcemy żyć!"
Publiczne kłamliwe oskarżenie kogoś o morderstwo jest ogromną agresją - dlaczego nikt nie nazywa tego po imieniu a media publikują tego rodzaju nienawistne słowa w czołówkach bez żadnego komentarza?
Dlaczego cytatem dnia jest wyssana z palca wypowiedź Kaczyńskiego o gaszeniu papierosów na szyjach kobiet modlących się pod krzyżem i nikt nie protestuje!?
A przecież nawołuje ona do nienawiści wobec wszystkich zwolenników usunięcia krzyża sprzed pałacu prezydenckiego, których
Jarosław Kaczyński od dawna definiuje jako agresywnych zwyrodnialców.
Czyżby redaktorzy uznali, że fałszywość tej wypowiedzi jest oczywista i nie wymaga wyraźnego komentarza? Myślę, że nie należy zbytnio w to ufać w atmosferze powszechnego bicia się w piersi i potępiania agresji w polityce, w którym jednak politykom
PiS wolno grać rolę tylko i wyłącznie ofiar oraz moralnych autorytetów oceniających, kto i jak powinien odkupić swoje winy i czy już jest wystarczająco moralnie oczyszczony, aby zasłużyć na spotkanie z prezesem. Koalicja ciszy wobec Jarosława Kaczyńskiego, jaką proponuje "Gazeta Wyborcza", jest akceptacją roli agresora w takim właśnie spektaklu, który wyreżyserował prezes PiS kreując samego siebie na ofiarę.
Czy ktokolwiek liczy na to, że w ten sposób uda się skłonić polityków PiS do umiarkowania? Wykrzyczą się i przestaną? To naiwność. Pozwolenie na tę agresję, na wygłaszanie przemów wspartych na kłamliwych i oszczerczych założeniach tylko wzmocni ich poczucie bezkarności i zachęci do przekroczenia kolejnej granicy. Tylko upewni ich w przekonaniu, że są niewinnymi ofiarami morderczej przemocy.
Agresję trzeba nazywać agresją, a nie liczyć na to, że Jarosława Kaczyńskiego zadowolą etyczne regulacje w PO. Niewątpliwie przydadzą się one polskiemu życiu publicznemu, ale nie usuną wielkiej potrzeby prezesa, żeby tworzyć tożsamość wroga (bo nie przeciwnika) jako morderczego zagrożenia, dla siebie samego zachowując rolę niewinnej ofiary.
Pretekstów na pewno mu nie zabraknie. To właśnie tego typu dyskurs antysemicki był przed drugą wojną najskuteczniejszym narzędziem nienawiści: oni są agresorami i chcą nas wyprzeć z naszego własnego kraju, więc musimy się bronić z całą stanowczością, bo to kwestia życia i śmierci. My albo oni. Co by było, gdyby teraz jakiś inny szaleniec przejęty cierpieniami prezesa i zagrożeniem dla wymordowywanej opozycji zabił kogoś z Platformy? Czy Kaczyński przyjąłby odpowiedzialność za ten mord równie szybko, jak teraz obarcza odpowiedzialnością polityków PO?
Odpowiedź jest oczywista - w żadnym wypadku. Powiedziałby, że to sprawiedliwa zemsta wykluczonych i zwykła obrona przed nadciągającą przemocą. A jednak byłby za to odpowiedzialny nieporównanie bardziej niż za czyny Ryszarda C. odpowiedzialni są zbyt bojowi politycy Platformy. Bo wyrażona wprost agresja nie budzi tyle nienawiści, co oskarżycielskie tyrady Kaczyńskiego, które są wyrażonym nie wprost nawoływaniem do "obrony" przed ludźmi, którym te wypowiedzi przypisują mordercze zamiary.
Do słownej przemocy Jarosława Kaczyńskiego i rzucanych przez niego kłamliwych oskarżeń o najgorsze zbrodnie wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić, dlatego, gdy Sejm debatuje nad sposobami zmniejszenia agresji w życiu politycznym, jednocześnie tolerowane są jego wystąpienia, które podżegają do nienawiści i przemocy nieporównanie gorzej niż wszelkie złośliwe czy chamskie teksty polityków PO.
Nie można ugiąć się przed emocjonalnym szantażem i pozwolić na takie zdefiniowanie politycznej etyki, w którym jakakolwiek zbyt ostra krytyka pod adresem Kaczyńskiego jest tożsama z morderstwem, zaś on sam może bezkarnie oskarżać innych o morderstwa i w ten sposób prowadzić kampanię wykluczenia nieporównanie groźniejszą niż akcje typu "zabierz babci dowód".
Definiowanie drugiej strony jako ludzi niedojrzałych do debaty i dokonywania własnych wyborów z pewnością nie jest praktyką demokratyczną. Ale to dosyć łagodna forma agresji w porównaniu z wmawianiem przeciwnikom, że są de facto mordercami. Brak reakcji na tego rodzaju przemoc, uznanie jej za coś oczywistego - przynajmniej z ust jednej strony politycznego sporu - może mieć naprawdę groźne konsekwencje. Słowa mogą zabijać - oczywiście. Ale jeszcze bardziej to, co nie zostało wypowiedziane wprost, żeby ukryć kłamliwość przyjętych założeń.
Pamiętajmy o tym, bo póki co Jarosław Kaczyński nie zabił Donalda Tuska.