PiS proponuje powołanie zespołu ds. monitorowania sieci. Kiedy zapowiadali, że trzeba "poddać pełne agresji internetowe wypowiedzi ścisłej kontroli ABW" i przeanalizować wpisy w sieci przeciw politykom PiS, podawali przykład wypowiedzi z Facebooka po morderstwie w Łodzi: "Dobrze temu patafianowi, ten drugi też powinien zdechnąć".
Moja redakcyjna koleżanka, Olga Walendziak napisała wtedy, że to próba wprowadzenia cenzury politycznej i że "nie jest przecież przestępcą ktoś, kto prywatnie żali się na Facebookowym profilu, iż ma dosyć danego polityka".
Nie zgadzam się z jej opinią, że "prywatne opinie" na forach internetowych, czy w serwisach społecznościowych są czymś nieszkodliwym. I przyznaję posłom PiS rację: pełnymi agresji internetowymi wypowiedziami warto się zająć. Bo słowa rzucane w internecie też wpływają na kształt publicznej debaty. Nie od dziś wiadomo, że w internetowych pyskówkach często biorą udział działacze partyjnych młodzieżówek i tzw. "sympatycy" partii. Ich wypowiedzi są echem słów i zachowań polityków. Ale przez poczucie, że "w sieci wolno powiedzieć więcej", albo "czytają nas tylko znajomi", zazwyczaj są wiele ostrzejsze.
Jakie to słowa? Oto kilka znalezionych bez trudu przykładów. Co może zdziwić posłów PiS, ich adresatem nie są członkowie tej partii:
O Radosławie Sikorskim przeczytamy, że to "zdRadek". Bo zdradził PiS, przechodząc do PO. O Bronisławie Komorowskim, że to"Komoruski". O Henryce Krzywonos, że to "głupia gruba baba przekupiona przez Tuska", o rządzie PO - że to "komunistyczny rząd POpaprańców". O Donaldzie Tusku - że "sprzedaje Polskę za srebrniki" i "trzeba mu wysłać judaszowy sznur". Druga strona zachowuje podobnie żenujący poziom, wytykając prezesowi PiS niski wzrost, czy drwiąc bezlitośnie z jego wyznania, że po śmierci brata brał silne leki uspokajające.
Takie słowa nikomu wprost nie grożą śmiercią. Ale są nienawistne i wpływają na język jakim rozmawia się o polityce "na dole". Czytają je sami politycy, którzy dzięki internetowi na bieżąco mają dostęp do opinii swoich zwolenników. Nie słyszałem, żeby któryś miał odwagę napisać swojemu zwolennikowi "przeginasz". Częściej są wodzeni na pokuszenie, by powiedzieć coś głosem "wiernego elektoratu".
Pomysł PiS, by zwrócić uwagę na to co pisze się w internecie ma więc głęboki sens. Tylko powinno być tak, że każda partia zaczyna sprzątać od własnego podwórka.
Przeczytaj też komentarz Olgi Walendziak "Nowe hasło PiS: bij internet"