Waldemar Chrząszcz z Brzegu na Opolszczyźnie nie ma dzieci. Mieszka z żoną i stadem czworonogów - spadkiem po skazanych na odsiadkę lub ofiarach przestępstw.
Śledczym jest od 25 lat. Często zaprasza na rozmowę albo sam idzie do ludzi, którzy dręczą zwierzęta. Gdy perswazje nie skutkują, pisze doniesienia do własnej instytucji, by się potem tymi sprawami zajmować.
Na jego biurku piętrzą się akta. Wyrzucenie kota z samochodu, głodzenia psa, pozabijane kury.
- W świetle prawa było to bezsensowne okrucieństwo. Gdyby zabił je na rosół, to OK. Ale on ukręcał im łby, by drażnić sąsiadkę.
Co to za zbrodnia - zabicie psa?
- Jeśli widzę szansę poprawy w traktowaniu zwierzęcia, nie dążę do skazania człowieka za wszelką cenę. Wolę, by kara była wymierzona w zawieszeniu, bo wtedy jest to ostrzeżenie dla sprawcy i szansa dla zwierzaka.
Tak było np. z właścicielką burego kundelka Stanisławą T., która zaniedbywała karmienie i pojenie psa. Prokurator Chrząszcz dowiedział się o tym od swoich informatorów.
- Bo Brzeg to małe miasto i prawie wszyscy wiedzą, że sprawy zwierząt nie są mi obojętne.
Podczas przesłuchania -i później na sali sądowej -kobieta okazała skruchę, obiecała poprawę. Sąd warunkowo umorzył postępowanie.
- Nigdy więcej nie miałem na nią skarg -mówi Chrząszcz.
Czasem wnosi o więzienie.
Udało mu się posadzić na pół roku mężczyznę, który zatłukł psa sąsiadki. Chodził kłusować i musiał przejść przez gospodarstwo kobiety, której pies na niego szczekał. Wziął więc deskę i tak długo walił w psa, aż go uciszył za zawsze.
- Cieszę się, że odsiedział całą karę, tym bardziej że od innych więźniów też dostał popalić. Nie dlatego, że osadzeni są szczególnie wrażliwi na krzywdę zwierząt, tylko dlatego, że w więziennej hierarchii był nikim. Bo co to za przestępstwo - zabić psa?
Zarażeni wrażliwością
Była taka sprawa. Dwóch mieszkańców Brzegu, nie mając innego pomysłu na świętowanie Nowego Roku, zaczęło znęcać się nad psem jednego znich. Bili go i kopali, a kiedy był już za słaby, by się chować, wydłubali mu oczy. Potem sekatorem obcięli łapy.
- Podczas tych tortur pies prawdopodobnie jeszcze żył. Miałem naocznego świadka, który złożył zeznania.
Wszcząłem śledztwo, ale podejrzani zaprzeczyli. W ich wersji pies uciekł w sylwestra i wrócił tak poraniony, że kilka godzin później zdechł i został zakopany. Właściciel nie potrafił sobie przypomnieć gdzie, tłumaczył, że był zbyt pijany. A świadek - nie wiadomo dlaczego -wycofał się z zeznań. Więc - bez ciała i bez zeznań - trzeba było umorzyć śledztwo.
- W takich sprawach bardzo często trudno zebrać dowody - mówi prokurator. -Musimy opierać się na relacjach świadków, bo zwierzęta nie opowiedzą o swym cierpieniu. Dlatego taka ważna jest czułość ludzi na ich cierpienie. A ona się poprawia. Jeszcze niedawno wielu kolegów stukało się w głowę: "Po co ty, poważny prokurator, zajmujesz się jakimiś zwierzętami? Wszystkich ich nie uratujesz". Odpowiadałem: "To prawda, ale wyobraź sobie, że sam jesteś tym jednym kotem, którego uda mi się ocalić".
Szefowa Chrząszcza Agnieszka Mulka-Sokołowska przyznaje, że zaraził innych wrażliwością na cierpienia zwierząt. Przed świętami sama zadzwoniła po policję, gdy zobaczyła, że ryby w hipermarkecie mają za mało wody i wyraźnie się duszą.
Źródło: Gazeta Wyborcza