Są takie dni, gdy wszystkie gazety piszą o tym samym. Dziś to morderstwo działacza
PiS w Łodzi.
"Mord w biurze PiS" - tytułuje swoją czołówkę "Gazeta Wyborcza" i "Fakt". Chyba po raz pierwszy w historii oba dzienniki mają jednakowe tytuły.
"Z nożem na Kaczyńskiego" - jak zwykle nagina fakty "Nasz Dziennik". "Pierwsze morderstwo wojny polsko-polskiej" - grzmi "Polska the Times".
"Zabójstwo z nienawiści" - tytułuje swój tekst "Rzeczpospolita", choć w internecie jeszcze rano widniał on jako "Zabójstwo polityczne". Widać potem redaktorowi zadrżała ręka.
Wszyscy są w szoku, po tym co się stało w Łodzi, choć niektórym nie przeszkadza to formułować ostrych sądów. "Winni są politycy PO. To członkowie PO odsądzali polityków PiS od czci i wiary. Dziś mamy efekt" - pisze komentator "Faktu" Łukasz Warzecha. Czy politycy PiS nie odsądzali od czci i wiary polityków PO? Rozumiem, że im wolno i tyle.
"Obawiam się o życie prezesa PiS" - wyznaje w "Super Expressie" filozof prof. Zdzisław Krasnodębski. Ja też, ale pewnie nieco z innych względów. "Podobnej tragedii można się było spodziewać - pisze Krasnodębski. - Przyzwolenie polityczne na agresję w życiu publicznym narastało od lat. Pojawią się głosy o obustronnej eskalacji konfliktu. Nie ma jednak takiej symetrii, gdyż to nie PiS ma dziś w Polsce pełnię władzy, rządzi aparatem przymusu, ma sympatię mediów i ogromne poparcie społeczne".
Jeszcze kilka lat temu to PiS wygrał wybory, miał wielkie poparcie, rządził państwem z fotela prezydenta i szefa rządu, całkowicie podporządkował sobie media publiczne. Dlaczego Krasnodębski wtedy milczał, gdy prezes PiS zaostrzał język debaty? Przecież to PiS i jego ideolodzy radośnie głosili, że istotą polityki jest konflikt i spór. Im ostrzejszy tym lepiej, bo mdła postpolityczność jest zaprzeczeniem polityki. Śmierć Barbary Blidy nie wstrząsnęła jakoś sumieniami ludzi z PiS. Do czego prowadzi takie podejście, zobaczyliśmy wczoraj, ale próżno szukać, by ktoś z tamtej strony uderzył się w piersi.
"To czyn szaleńca, zgoda -
pisze w "Rzeczpospolitej" jej naczelny Paweł Lisicki. - Ale czy to znaczy, że ten dzień nie stanowił przełomu? Że dokonane w biały dzień w biurze PiS w Łodzi morderstwo jest tylko przypadkowym wybrykiem wariata".
Lisicki także uważa, że zabójstwo w Łodzi jest efektem nagonki na PiS: "Najgorzej, że w przygotowywaniu tej atmosfery nagonki uczestniczyli nie tylko politycy, ale też intelektualiści, ci, od których szczególnie należy domagać się bezstronności i ważenia słów. Tymczasem to oni właśnie, można mieć wrażenie, byli głównymi podżegaczami. To oni stanęli w pierwszym szeregu, wzywając do rozprawy z PiS". Szczególna rolę w prowadzeniu tej nagonki miał grać
Janusz Palikot, ale dostaje się też Andrzejowi Wajdzie i Adamowi Michnikowi.
"Ktoś może powiedzieć, że to połowa prawdy - koryguje się nieco pod koniec komentarza sam Lisicki. - Bo i druga strona potrafiła odpłacić pięknym za nadobne. Racja. Wiele wypowiedzi samego przywódcy PiS i ludzi z jego najbliższego otoczenia nigdy nie powinno się pojawić. Nie powinny paść zarzuty zdrady, sprzedawania Polski, nieustanne sugestie spisku i domniemania przygotowania przez rząd zamachu. Nie powinny się pojawić wypowiedzi podważające prawowitość wyboru Bronisława Komorowskiego. Tylko że trzeba pamiętać o proporcjach. W tragedii smoleńskiej zginęli w największej liczbie posłowie PiS, a przede wszystkim brat Jarosława Kaczyńskiego. Bliskim zabitych, jak sądzę, można po prostu więcej wybaczyć. I druga rzecz. PO ponosi dodatkową odpowiedzialność za polityczną atmosferę, bo to ona ma w ręku wszystkie instrumenty władzy oraz - być może to jeszcze ważniejsze - ogromną przewagę w mediach".
Zgoda, bliskim ofiar można wybaczyć więcej. Ale czy to znaczy, że jedna strona ma być delikatna, przepraszać, że żyje, a druga może sobie pozwolić na wszystko? Jak rozwiązać ten cholerny problem, że jedna strona polskiego sporu uważa się za ofiarę, której w związku z tym wciąż należą się fory.
Wstyd się przyznać, ale jestem pesymistą,
podobnie jak Andrzej Godlewski, komentator "Polski the Times": "Pół rok temu po katastrofie smoleńskiej miałem nadzieję, że wspólne doświadczenie tragedii zostawi w nas na dłużej pragnienie wspólnoty i poczucie odpowiedzialności. Kiedy Michał Boni na pogrzebie Grażyny Gęsickiej z wielkim uznaniem i szczerą przyjaźnią wspominał "Grażynkę", a
Bogdan Zdrojewski mówił "przepraszam" nad grobem Janusza Kurtyki, wydawało mi się, że ta wiara nie jest naiwna. Także powściągliwa kampania wyborcza pozwalała ufać w zmianę na lepsze. Jednak dziś, kiedy zabijają już nie słowa, a kule, boję się, że będzie już tylko gorzej".
Może to banał, ale jak będzie, w dużej mierze zależy od nas. Dlatego zamiast szyderczej puenty postawię tu kropkę.