W ubiegłym tygodniu w koszarach bazy lotniczej Bolszoje Sawino na Uralu wybuchł bunt poborowych z Kaukazu Północnego. Jak opowiadał dziennikarzom dowódca jednostki płk Dmitrij Kuzniecow, 120 uzbrojonych żołnierzy sterroryzowało słowiańskich kolegów, odbierając im pieniądze, jedzenie, cenne przedmioty i zmuszając do wykonywania wszystkich prac w koszarach. "Kaukascy" stanowią w Bolszom Sawinie jedną czwartą garnizonu.
Ponieważ oficerowie nie potrafili sobie poradzić z buntownikami zaprowadzających swoje porządki, na pomoc wezwali więc miejscowego muftiego, aby uspokoił współwyznawców.
Do podobnych konfliktów dochodzi często. Rok temu siedmiu poborowych z Dagestanu służących we Flocie Bałtyckiej ciężko pobiło 15 Rosjan, zmuszając ich do położenia się na ziemi w napis: KAVKAZ. Sprawa stała się głośna, kiedy zdjęcia z inscenizacji pojawiły się w internecie. Dagestańczycy zostali skazani za ten wybryk.
Poborowi ze słowiańskich rodzin boją się służyć razem z mieszkańcami Kaukazu. Górale są silniejsi fizycznie, łączą się w koszarach w grupy i bywają bardzo okrutni.
Przy tym rdzennych Rosjan jest w armii coraz mniej. Jeśli stać ich na łapówkę albo mają znajomości, unikają wcielenia, natomiast młodzi z Kaukazu chętnie idą do wojska i jak przewidują eksperci - wkrótce połowę poborowych w armii Rosji będą stanowić przedstawiciele narodów kaukaskich, a to oznacza, że okrutna "fala" skierowana przeciw etnicznym Rosjanom podniesie się jeszcze wyżej.
Jak pisze "Niezawisimaja Gazieta", powołując się na źródła w Sztabie Generalnym, dowódcy proponują, aby jednostki formować z poborowych wywodzących się wyłącznie z jednego regionu i wyznających tę samą religię. Dowodzić mieliby również oficerowie tej samej narodowości i wyznania.
Oznaczałoby to powrót do tradycji tak zwanej Dzikiej Dywizji sformowanej w sierpniu 1914 r. wyłącznie z ochotników z Kaukazu Północnego, która walcząc z armią Austro-Węgier wykazała się wyjątkowym męstwem.
Wiktor Litowkin - redaktor naczelny tygodnika "Niezawisimoje Wojennoje Obozrenije", dodatku do "Niezawisimej Gaziety", i jeden z najbardziej cenionych rosyjskich ekspertów wojskowych - twierdzi, że do inicjatywy odtworzenia dzikich dywizji należy się odnieść poważnie. - Nie można dłużej bezsilnie patrzeć na to, co się dzieje w koszarach - mówi "Gazecie".
Jego zdaniem nie ma zagrożenia, że złożone z poborowych z jednego regionu jednostki okażą się nielojalne wobec dowództwa i staną się siłą zbrojną swego narodu. Można przecież na przykład brygady Degestańczyków umieszczać z dala od domów np. na Syberii. Problem jest z oficerami. Tylko że od czasów wojny w Czeczenii rosyjscy wojskowi przestali ufać oficerom z Kaukazu i armia się ich pozbyła. Trzeba by szkolić nowych ludzi - mówi Litowkin.
Inny ekspert - prof. Aleksiej Małaszenko - pomysł tworzenia jednoetnicznych jednostek uważa za obłąkaną. - Będziemy mieć brygady pod zieloną flagą Proroka dobrze wyszkolone i wyposażone za nasze pieniądze? Takie pomysły świadczyć tylko o jednym - państwo nie panuje już nad niczym i nawet w koszarach nie umie zapewnić podstawowego bezpieczeństwa żołnierzom. Rosja musi zwalczać falę, a nie rozkładać siły zbrojne na armie Dagestanu, Inguszetii, Adygei - mówi prof. Małaszenko.
Podobnego zdania jest Walentyna Mielnikowa, sekretarz Komitetu Matek Żołnierzy broniącej poborowych przed "falą". - Te dzikie dywizje mogli wymyślić tylko jacyś idioci z dowództwa, którzy nie wyobrażających sobie wojska bez poboru - mówi. - Nie rozumieją, że "fala" będzie tak długo, jak długo będziemy czekać na armię w pełni zawodową. W jednostkach z poboru czysto rosyjskich czy czysto kaukaskich też jedni żołnierze będą się znęcać nad drugimi, a oficerowie będą prześladować szeregowych, bo u nas poborowy jest niewolnikiem. Nie ma żadnych praw, a jego życie i zdrowie nie ma żadnej wartości. Żołnierz na kontrakcie to co innego. Zawodowca nie popędzisz do pracy na budowie willi generała i nie zrobisz z niego niewolnika. A wielu naszym dowódcom to się bardzo nie podoba - dodaje Mielnikowa.
Źródło: Gazeta Wyborcza