W środę prezydent nominował grupę doradców z b. premierem Tadeuszem Mazowieckim na czele. Gdyby spoglądać na to z punktu widzenia partyjnych afiliacji, to w otoczeniu prezydenta dominuje teraz dawna Unia Wolności i Unia Demokratyczna. Obok Mazowieckiego wśród doradców znaleźli się:
Jan Lityński, Henryk Wujec, Jerzy Osiatyński. Mile czas w UW wspomina szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski. Wczoraj do tej grupy doszedł inny polityk UW - Irena Wóycicka.
Gdy w marcu 2009 roku po raz pierwszy od wielu lat były przewodniczący byłej już partii
Tadeusz Mazowiecki spotkał się publicznie z Donaldem Tuskiem w redakcji "Gazety Wyborczej", powiedział, że ma do niego żal, iż tak niewiele zrobił dla swojego dawnego ugrupowania. Ci, którzy znają historię relacji Mazowiecki - Tusk, wiedzieli, że chodzi o 1992 rok. Wówczas
Jan Olszewski proponował UW wejście do rządu, ale Mazowiecki postawił warunek, że mógłby to uczynić razem z Kongresem Liberalno-Demokratycznym, któremu przewodniczył Tusk. Po wyborczym zwycięstwie Tusk korzystał z wiedzy ludzi różnych politycznych opcji. Jednym z jego najbliższych współpracowników został Michał Boni, Daniel Rotfeld (rząd Marka Belki) i
Władysław Bartoszewski.
Jednak jako premier Tusk poza kurtuazyjnym zwracaniem się do Tadeusza Mazowieckiego jako "swojego premiera" ku byłym przyjaciołom z UW się nie zwrócił. Nie byłby to dla niego łatwy gest. W grudniu 2000 r. podczas zjazdu UW przegrał w głosowaniu na przewodniczącego stosunkiem głosów 338 do 261 z Bronisławem Geremkiem. Był to początek wielkiej kariery PO i upadku UW. Ale nie był to rozpad z obu stron "aksamitny". Działacze PO zaczynali też często swoje kariery od negacji tego, co się działo w Unii Wolności, wychwalania lustracji i popierania koncepcji IV RP, współpracy z
PiS i "szarpnięcia cuglami demokracji".
Bronisławowi Komorowskiemu było łatwiej. Z silnej jeszcze wówczas Unii Wolności odszedł w 1997 roku wraz z Janem Rokitą, tworząc Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe. Wówczas reprezentował konserwatywne skrzydło UW, odwoływał się właśnie do Tadeusza Mazowieckiego i wyrażał opinię, że kiedyś znajdą się w jednej partii. Po prostu ominęły go czasy najostrzejszych walk frakcyjnych w Unii. Był także na uboczu, gdy PO najbardziej angażowała się w budowanie wspólnie z PiS IV RP. Swoją prezydencką kampanię wyborczą oparł na dumie z osiągnięć III RP, a Tadeuszowi Mazowieckiemu dziękował podczas wieczoru wyborczego.
Wielu polityków UW, którzy znaleźli się teraz w kancelarii, jest uważanych za osoby o wysokich kompetencjach, ale czy tylko ten aspekt - oprócz sentymentu Bronisława Komorowskiego - zdecydował o nominacjach?
Komorowski, krytykowany do tej pory za to, że nawet wewnątrz PO jest "singlem", w dość prosty sposób stworzył sobie polityczne zaplecze, które jest ideowo zbieżne z Platformą, ale jednak odmienne i stosunkowo niezależne.
Stało się to w momencie, gdy upadła lansowana w czasie kampanii i zaraz po objęciu urzędu koncepcja "kancelarii ponadpartyjnej". O ile raczej trudno było uznać prof. Tomasza Nałęcza, który pozostawał na obrzeżu polityki, za przykład kandydatury partyjnej, to nominacja Sławomira Nowaka - prominentnego działacza PO, dodatkowo szefa struktur tej partii na Pomorzu - już taką nie jest.
Otoczenie się politykami dawnej UW w takiej sytuacji jest dla prezydenta sytuacją komfortową. Jest to także polityczna manifestacja. Komorowski stanął po stronie tej części Polaków, którzy uważają III Rzeczpospolitą za jeden z największych sukcesów polskiej historii i że obecny prezydent czuje się jej kontynuatorem. Prezydentowi sprzyja to, że im bardziej oddalamy się od historycznego roku 1989, tym wyżej oceniane jest to, co uczynił Tadeusz Mazowiecki.