Aleksandra Klich: Podczas ostatniej powodzi premier Tusk mówił ludziom, którzy narzekali, że władza nic nie zrobiła, by nie zalało ich domów: "Macie swojego wójta!". To po co nam właściwie państwo?
Prof. Barbara Gąciarz: Wójt, by dobrze działał w swojej gminie, musi mieć za plecami sprawne państwo, które go wesprze, zaproponuje dobre rozwiązania prawne i finansowe.
Zgodnie z zasadą pomocniczości państwo jest potrzebne tam, gdzie skala problemu przerasta możliwości społeczności lokalnej. Ale nie powinno ingerować w działania, które samorządy mogą wykonywać samodzielnie.
Pytani o państwo samorządowcy i mieszkańcy gmin mówią: przeszkadza nam. Lepiej byśmy sobie radzili, gdyby go nie było.
- Bo dziś wójt ma za plecami państwo silne, ale niesprawne. Samorządy rozwijają się nie we współpracy z nim, ale często wbrew niemu.
W Instytucie Filozofii i Socjologii PAN przeprowadziliśmy dwukrotnie badania dotyczące tych kwestii: w latach 2000-02 oraz w 2010 roku. Za każdym razem ludzie narzekali, że ciągle trzeba się zmagać z państwem i wyszarpywać to, co należne. Państwo ma władzę, której nie chce oddać samorządom, przeszkadza w załatwianiu spraw zgodnie z oczekiwaniami ludzi. Konflikt i walka o wpływy zamiast rozsądnego podziału uprawnień, zasobów i odpowiedzialności.
Pierwsze badania robiliście tuż po reformie powiatowej. Ówczesny samorząd podsumowaliście surowo: centralizm, partyjność, elitarność, technokratyzm.
- Obraz był rzeczywiście fatalny. W urzędach powiatowych witały nas puste korytarze. Ani mieszkańcy, ani radni nie mieli pojęcia, po co była reforma i samorząd. Rozczarowani byli zarówno ci, którzy liczyli, że powstanie u nich powiat, a to się nie udało, jak i ci, u których powiat powstał.
Dlaczego?
- Szybko okazało się, że ten wymarzony urząd ma niewiele możliwości działania. Najprościej mówiąc: bez pieniędzy nie da się samorządzić, a samorządy ich nie miały. Choć obarczono je wieloma zadaniami, mogły tylko liczyć na finanse płynące z Warszawy. Gdy ich nie starczało, przychodziło rozczarowanie, nierzadko frustracja.
Mieszkańcy nie chcieli brać spraw lokalnych w swoje ręce?
- Znaleźliśmy wtedy nikłe ślady społecznego zainteresowania działalnością samorządową. Niewiele jest lokalnych organizacji zainteresowanych tym, co robi i za co odpowiada samorząd wojewódzki lub powiatowy. Co najwyżej były organizacje, których centrale znajdowały się w Warszawie albo w wielkich miastach wojewódzkich.
Za to każda partia polityczna, która była w Sejmie, miała ambicję, by osadzić swoich reprezentantów w samorządach.
- Stworzono pas transmisyjny z Sejmu do samorządów. To było fatalne, bo aktywiści partyjni często reprezentowali nie interesy mieszkańców gmin, powiatów czy województw, tylko swoich partii. Spierali się o sprawy ideologiczne, nie gminne.
Namacalny dowód, że nasze badania pokazują rzeczywistość, dostałam, gdy jechałam do Warszawy, by zaprezentować ich wyniki w Instytucie Studiów Politycznych PAN. W pociągu w "Gazecie Wyborczej" przeczytałam tekst o aferze starachowickiej. Działacz z Warszawy dzwoni do lokalnego i ruga go: "Co wy tam wyprawiacie? Służby szykują akcję przeciwko wam". Widomy efekt fatalnego upartyjnienia. Poczułam się jak "socjolog śledczy", bo właśnie ten mechanizm działania pokazywały wyniki naszych badań.
Powtórzyliście badania w tym roku. Co się zmieniło?
- Wiele. Zdecydowanie więcej ludzi - około 60 proc. mieszkańców badanych powiatów i województw - lepiej ocenia działalność samorządu. Zdecydowanie źle - tylko 13. Ci, którzy osiem lat temu nie mieli żadnego poczucia lokalności, oglądali się na państwo, dziś czują się u siebie.
Wśród samorządowców rośnie poczucie odrębności i odmienności interesów od władz centralnych, a wśród mieszkańców - identyfikacja lokalna i regionalna oraz oczekiwania wobec władz lokalnych i regionalnych. Mieszkańcy w coraz większym stopniu identyfikują ważne dla nich sfery życia z działaniami samorządu. Dostrzegają, że poprawa - lub jej brak - zależy od działań lokalnych władz, ich liderów i zatrudnianych przez nich urzędników.
To jakiś cud?
- Nie. To - znowu upraszczając - pieniądze z Unii Europejskiej. Osiem lat temu ich brak patologizował samorządy, odbierał ludziom energię, nie stać ich było na samodzielność.
Źródło: Gazeta Wyborcza