Blokada Akropolu, głównej atrakcji turystycznej Grecji, zaczęła się we wtorek. Początkowo zdesperowani pracownicy resortu kultury wpuszczali jeszcze turystów, ale w środę zamknęli bramy na głucho.
Blokada miała potrwać do 31 października. Wczoraj rano do akcji wkroczył jednak specjalny oddział policji do walki z demonstrantami. - Policja i przemoc nie przerwą strajku - krzyczeli pracownicy muzeum.
Po krótkiej szarpaninie przy głównej bramie funkcjonariusze wdarli się na teren Akropolu bocznym wejściem, torując sobie drogę granatami z gazem łzawiącym. Wszystko to działo się na oczach grupki osłupiałych zagranicznych turystów, którzy przyjechali rano w nadziei, że zwiedzą wzgórze z Partenonem - zbudowaną 2,5 tys. lat temu świątynią poświęconą bogini Atenie - i kilkoma innymi atrakcjami historycznymi.
Policja aresztowała co najmniej jednego z demonstrantów. - Będziemy dalej protestować - oświadczył wczoraj Nikos Hasomeris, reprezentant pracowników tymczasowych ministerstwa.
Strajk dotyczył głównie ich losu. Obecne kontrakty wygasają im w końcu października, a rząd nie godzi się na ich przedłużenie, oferując nowe na gorszych warunkach. Pracownicy resortu kultury domagali się także zapłaty zaległych wynagrodzeń za 22 miesiące, w sumie szacowanych na 5 mln euro.
- Nikt nie ma prawa zamykać Akropolu i blokować doń dostępu tysiącom turystów - grzmiał wczoraj w parlamencie minister turystyki Georgios Nikitiades. - To tak jakby powiedzieć im, że wydali niepotrzebnie swe pieniądze i nie mieli po co przyjeżdżać do Grecji.
Wcześniej protesty przeciw zaciskaniu pasa przez państwo odbywały się na ulicach miast, promach, w portach i na uniwersytetach. Rząd nie ma jednak wyjścia, bo kilka miesięcy temu
Grecja stanęła na krawędzi bankructwa. W maju uratowały ją inne kraje strefy euro i Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Pomoc finansowa nie jest jednak bezwarunkowa - Ateny muszą w ciągu kilku lat m.in. mocno zredukować swój
deficyt budżetowy. To wszystko dzieje się w czasie, gdy
bezrobocie w lipcu sięgnęło aż 12 proc.