Mały piesek rasy terier szkocki wabił się Tytus (...) Tytus był kompletnie niewychowany. Kiedy wychodził na przechadzkę z Pałacu prezydenccy urzędnicy informowali się nawzajem: "Bestia w ogrodzie". Łapał za nogawki, kąsał nieważne, czy ministra, czy oficera BOR-u. Nie przepuszczał nawet właścicielowi. Kaczyńskiemu głupio się było przyznać, że kąsa go własny pies.
Kiedy przeczytałem pierwsze zdania książki Michała Majewskiego i Pawła Reszki o Lechu Kaczyńskim, nagle przypomniało mi się inne zdanie z innej książki: "To był mały piesek rasy japońskiej nazywał się Lulu. Miał prawo sypiać w łożu cesarza". Napisał je w 1978 roku Ryszard Kapuściński.
Kim jest w opowieści Majewskiego i Reszki Lech Kaczyński? Polskim Hajle Sellasje, przeniesionym z monstrualnego pałacu w Addis Abebie na warszawskie Krakowskie Przedmieście? Człowiekiem wewnętrznej dobroci, który przez pomyłkę zabłądził w świat polityki. Prezydentem, który nie rozumie otaczającego go świata i nie potrafi znaleźć celu własnej polityki. Otoczonym przez zwalczającą się grupkę dworaków walczących o dostęp do prezydenckiego ucha i umacniających go w spiskowej wizji świata. Prezydent, który wyraża swoją "niepodległość" jedynie w irracjonalnych wybuchach gniewu i zniecierpliwienia?
Opowieść Majewskiego i Reszki jest utkana z pałacowych anegdot i dlatego czyta się ją znakomicie. Postacie "Strasznego dworu" otaczające prezydenta są zarysowane krwisto. A "krwi" dostarczają one same. Łatwo dostrzec, że wypowiedzi "anonimowych polityków" to nie beznamiętne oceny z "zewnątrz", ale opowieści konkurentów z otoczenia prezydenta, którym literackiego biglu nadaje szczera wzajemna nienawiść.
Majewski i Reszka starają się stworzyć swoistą mapę wielkiej wojny podjazdowej w środowisku PiS i otoczeniu prezydenta. Adam Bielan i Michał Kamiński walczą z Jackiem Kurskim, do którego przyłącza się
Zbigniew Ziobro. Kolejni szefowie Kancelarii Prezydenta, Andrzej Urbański, Piotr Kownacki, walczą o dostęp do ucha z Małgorzatą Bochenek, która codziennie podczas prasówki wprowadza prezydenta we "właściwy" nastrój, szepcąc mu, kto jest z nim, a kto przeciwko. Władysław Stasiak walczy z Aleksandrem Szczygłą, Elżbieta Jakubiak z Michałem Kamińskim. Tu płacze
Anna Fotyga, tam dostaje spazmów Małgorzata Bochenek. Nad tym zamieszaniem prezydent zupełnie nie panuje i jako żywo przypomina Felicjana Dulskiego.
Kaczyński jest wykonawcą idei brata. Nie ufa i wstydzi się tego, co zrobił Macierewicz w raporcie z likwidacji
WSI. Nie lubi Zbigniewa Ziobry, uczy go manier wobec kobiet, traktując go jako infantylnego karierowicza. Jedynym jego politycznym drogowskazem w tym galimatiasie jest przekonanie, ze największym dobrem Polski jest to, by rządził nią jego brat Jarosław Kaczyński.
Do pewnego stopnia ten obraz jest prawdziwy, tak jak wiele z pałacowych opowieści. Ale chyba autorzy zbyt łatwo ulegają efektownym tłumaczeniom. Na przykład starciem koterii tłumaczą jedną z największych politycznych zagadek prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Chodzi o zupełnie niezrozumiała niechęć do podpisania traktatu lizbońskiego. Tego, który był wcześniej przedstawiony jako jego największy polityczny sukces.
Majewski i Reszka twierdzą, że frakcja pod kierownictwem Jacka Kurskiego na moment odzyskała przewagę nad grupą pragmatyków w otoczeni prezydenta. Lech Kaczyński wygłosił telewizyjne orędzie wskazujące na zagrożenie wynikające z traktatu opatrzone zdjęciami gejów zawierających małżeństwa i mapą, na której
Niemcy chcą nam zabrać ziemie zachodnie. Prezydent nie miał wyjścia i wbrew swojej woli stał się "hamulcowym Europy", kontynuując nieracjonalne postawy i budując kolejne uzasadnienia.
Sam prezydent, w sprawie Lizbony jeszcze przed orędziem twierdził w prywatnych rozmowach, że racją naszej polityki jest sprzeciwianie się wielkim UE. "Z punktu widzenie znaczenia Polski w europejskiej polityce lepiej by mocarstwa europejskie
Francja i Niemcy musiały nas prosić, bo to my zrezygnowaliśmy z korzystnego liczenia głosów zgodnego z traktatem w Nicei" - twierdził. Problem prezydenta polegał na tym, że po pewnym czasie przestały go prosić, a zaczęły ignorować. Prezydent naprawdę był przekonany o stałym zagrożeniu niemieckim. Uważał na przykład, że idea samorządności jest groźna, bo lokalne samorządy na Ziemiach Odzyskanych mogą kierować się nie ku Warszawie, a ku Berlinowi.
Nie wiem, które tłumaczenie jest prawdziwe. Pytaniem nierozstrzygalnym z punktu widzenia przebrzmiałego sporu jest, jaki rodzaj motywacji kompromituje prezydenta bardziej jako głowę państwa. Jednak ta, którą przedstawiają Majewski i Reszka, jest może bardziej efektowna, ale zbyt prosta i z pewnością niejedyna.
Opowieść, jaką snują Majewski i Reszka jest opowieścią o polskiej polityce. Jednak ta polityka - w ich relacji - pozbawiona jest właściwie celu i motywacji. Może się wydawać, że każda z "dramatis personae" walczy jedynie o władzę w postaci czystej. Nie po to, by zmieniać kraj, realizować jakieś idee, ale po to by zaspokoić własne ego. Każdy z bohaterów przedstawiany jest jako - z jakiegoś powodu - "zły". Dla Kaczyńskiego kontrapunktem jest jego przeciwnik Donald Tusk. Z opowieści "bliskich współpracowników" i innych anonimowych źródeł autorzy malują portret premiera. Tusk jest do bólu pragmatyczny, opętany żądzą władzy. W zaciszu gabinetu w dymie cygar i akompaniamencie wulgaryzmów buduje swoje PR-owskie strategie. Jedyna słabość, to chęć zdobywania bramek w meczach piłkarskich oraz cukierki-krówki, ułożone na rzeźbie głowy Stefana Kisielewskiego. Premier, zimny jak stal - wedle autorów - budzi jeszcze mniej sympatii niż potykający się o własne nogi Kaczyński pozujący na męża stanu.
Piotr Semka w wydanej kilka miesięcy temu „Opowieści arcypolskiej” starał się przynajmniej odpowiedzieć, co pchało Lecha Kaczyńskiego do władzy - poczucie wykluczenia, niechęci ze strony „mądrych”, salonu warszawskiego, środowiska „Gazety Wyborczej”, która go bezpardonowo atakowała. Zaś wizja polityczna Lecha Kaczyńskiego polegała na stworzeniu „Polski sprawiedliwej”, w której polityczne zasługi byłyby rozdzielone zgodnie z prawdą historyczną, w której należało na ile to możliwe bronić tradycji i wartości. O taka wizja sielskiego konserwatyzmu. Za jego polityczną porażką stała zaś „sprawność »Gazety Wyborczej «, która przekonała Polaków, że Polska znalazła się w stanie nienormalności”, choć oczywiście to, czego Kaczyński chciał, było jak najbardziej normalne.
Lech Kaczyński w opowieści Reszki i Majewskiego ma pewien rys tragiczny. Jest politykiem bezradnym i nieskutecznym, ale zarazem zdającym sobie sprawę z własnej bezradności i nieskuteczności. W kwietniu 2010 roku gotów jest jednak do walki. Po raz kolejny mobilizuje się, by wygrać. Majewski i Reszka przypominają, że wybrany już został motyw kampanii "Pieśń o małym rycerzu". I na tym opowieść się kończy. Autorzy twierdzą, że "była gotowa" na początku kwietnia. Pod wpływem wydarzeń nie zmienili w nim nawet jednego zdania, czyniąc z tego walor publikacji, która w ten sposób "nie poddaje się nastrojowi chwili". Tylko, że tytuł "Daleko od Wawelu" odnosi się do oceny Lecha Kaczyńskiego po katastrofie smoleńskiej i jest dość banalną konstatacją, że na Wawelu z tytułu swojej prezydentury spoczywać nie powinien.
*Michał Majewski, Paweł Reszka, "Daleko od Wawelu", Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2010.