Do wycieku toksycznego szlamu ze zbiorników z odpadami po produkcji aluminium w miejscowości Ajko doszło dziewięć dni temu. I już wczoraj parlament przegłosował ustawę, na mocy której centroprawicowy rząd Viktora Orbána przejął na dwa lata kontrolę nad firmą MAL, właścicielem tej fabryki, i zamroził jej finanse. Teraz firmą pokieruje komisarz, będzie odpowiadał bezpośrednio przed szefem rządu.
Tylko jeden poseł był przeciw! Za głosowali opozycyjni socjaliści, mimo że wytykają Orbánowi autorytaryzm i obsadzanie swymi ludźmi wszystkich państwowych instytucji. Orbána poparł też skrajnie prawicowy Jobbik. Odwagę, by wstrzymać się od głosu, miało jedynie 13 posłów lewicującej partii Polityka Może Być Inna.
- Socjaliści bali się, że jeśli zagłosują przeciw, to Węgrzy uznają, że są nieczuli na ludzką tragedię - tłumaczy kolegów Gabor Hars, były socjalistyczny deputowany.
Rzeczywiście, takiej katastrofy ekologicznej
Węgry dotąd nie widziały. Toksyczny szlam zalał kilka wiosek na zachodzie Węgier, spowodował śmierć ośmiu osób i obrażenia 150 innych. Kilkaset jest bez dachu nad głową. Jednak krucjata, którą przeciwko MAL prowadzi Orbán, nie miała miejsca w żadnym kraju UE.
Zaczęła się w poniedziałek, gdy
policja zatrzymała na 72 godziny dyrektora fabryki wAjko Zoltana Bakonyiego. Wystarczyły podejrzenia, gdyż wciąż nie ma żadnych dowodów na zaniedbania ze strony firmy. Tym bardziej że jak wczoraj wyszło na jaw, trzy tygodnie temu inspekcja rządowa nie znalazła nic niepokojącego w Ajko.
W poniedziałek, nie czekając na zakończenie przesłuchania Bakonyiego, premier Orbán oświadczył w parlamencie, że MAL jest winny katastrofy, i zapowiedział jego nacjonalizację. Wieczorem parlament "klepnął" ustawę dającą rządowi prawo do przejmowania firm przy katastrofach takich jak w Ajko.
- Orbán mówił w parlamencie jak prokurator. A przecież jeszcze nie wiadomo, dlaczego nastąpił wyciek -mówi nam Gabor Hars.
Ale większość Węgrów już wydała wyrok na trzech właścicieli MAL, którzy w połowie lat 90. - za rządów socjalistów -kupili za grosze firmę od państwa. Milionerzy Lajos Tolnay, Arpad Bakonyi (ojciec dyrektora fabryki) iBela Petrusz są dziś najbardziej znienawidzonymi ludźmi nad Dunajem. Także dlatego, że oferowali poszkodowanym nędzne odszkodowania równowartości ok. 500 euro na głowę.
Kiedy w zeszłym tygodniu w Ajko właściciele MAL ukrywali się przed wściekłymi ludźmi,
telewizja pokazywała, jak premier Orbán w ubłoconych żrącym błotem gumiakach spotyka się na miejscu katastrofy z poszkodowanymi i obiecuje, że surowo ukarze winnych.
Szef rządu, zwolennik silnego państwa, wykorzystuje antykapitalistyczne nastroje, które z powodu głębokiego kryzysu ogarnęły Węgrów. -Orbán i jego partia Fidesz od dawna grali na niechęci Węgrów do wielkiego biznesu, głównie koncernów międzynarodowych - mówi nam socjolożka z Budapesztu Herta Toth.
- Większość Węgrów popiera centralizację i lgnie do silnego państwa, mniej przejmując się wolnością gospodarczą czy wolnością jednostki, mam na myśli zatrzymanie dyrektora Bakonyiego - tłumaczy Peter Kreko, niezależny analityk z Budapesztu. Rząd Orbána ma dwie trzecie głosów w parlamencie i może przeforsować każdą ustawę. -Ajak trybunał konstytucyjny uzna to za nie zgodne z konstytucją - co mało prawdopodobne, bo trybunał też jest w rękach Fideszu - to można zmienić konstytucję - tłumaczy Kreko.
Czy to początek krucjaty przeciw prywatnemu kapitałowi? -pytam Sandora Richtera, analityka z Wiednia, znawcę gospodarki węgierskiej.
Richter: - Traktowanie tego przypadku jako początku kampanii przeciw prywatnym czy zagranicznym firmom to przesada. Wątpię, czy celem Orbána jest wykurzenie zagranicznych inwestorów, czy zniszczenie reputacji kraju. Niebawem premier musi ogłosić serię niepopularnych posunięć, by uzdrowić finanse. To nie spodoba się Węgrom, więc teraz robi coś, co im się podoba.