Aresztowanie człowieka, który nie był karany, nie zamierza się ukrywać i nie może mataczyć, bo wszystkie dowody są w ręku głównego inspektora sanitarnego, policji i prokuratury, byłoby nadużyciem prawa. I świadczyłoby o tym, że sąd uległ propagandowej ofensywie rządu. Przedtem uległa jej prokuratura, wnioskując o areszt i stawiając mu dziwaczny zarzut wprowadzenia do obrotu znacznej ilości zakazanych środków odurzających, podczas gdy owe zakazane środki sprzedał najwyżej kilku osobom. Substancje zaś, które sprzedawał, zanim główny inspektor sanitarny zakazał Tajfunu i podobnych do niego środków, nie znajdowały się wówczas na liście substancji zakazanych.
Rozumiem, że państwo musi zareagować stanowczo, gdy "król dopalaczy" rzuca mu wyzwanie, demonstracyjnie zrywając plomby w swoim sklepie i w świetle kamer rozpoczynając handel towarem nieprzebadanym przez głównego inspektora sanitarnego. Zatrzymanie go przez policję było reakcją stanowczą, ale nie przesadną. Wniosek o areszt to już była czysta propaganda.
Niestety, propagandą w stylu pamiętnej "chemicznej kastracji pedofilów" jest też prawo, które z inicjatywy rządu właśnie uchwalił Sejm. Delegalizacja wszelkich dopalaczy oznacza utratę kontroli nad ich jakością i bezpieczeństwem. Bo nie ma żadnej wątpliwości, że nadal będą w obrocie - tyle że podziemnym. I że będą stanowić znacznie większe zagrożenie dla zdrowia, skoro ich skład i dawkowanie nie będą już podlegać żadnej kontroli. W dodatku sprzedawcy nie będą się musieli bać odpowiedzialności za sprzedanie trucizny. Jeśli sprzedają preparat legalnie w sklepie i ktoś się nim zatruje - można pociągnąć sprzedawcę do odpowiedzialności, jeżeli w preparacie była substancja niedopuszczona do obrotu. Jeśli zaś będą go sprzedawać w toalecie klubu czy dyskoteki - nikt nie dojdzie, skąd pochodził środek, który spowodował zatrucie czy śmierć.
Propagandowe działania organów ścigania zatrzymał sąd. Nie ma, niestety, hamulca na propagandowe działania rządu.
Źródło: Gazeta Wyborcza