W "Świątecznej" zbieramy i systematyzujemy całą dostępną wiedzę. Ustawiamy trzynaście kostek domina, które przewracają się jedna na drugą. Oto przyczyny: słabe wyszkolenie pilotów, niejasny status lotniska, spóźnienie, pośpiech, presja, stare karty lotniska, mgła, polityczne znaczenie wizyty, brak "lidera" na pokładzie, niejasny status lotu, wąwóz, determinacja, by lądować za wszelką cenę...
Dziś widać, że do tej katastrofy nie mogło nie dojść. Nie było zmowy, spisku, zamachu, dobijania rannych, a mgła była prawdziwa. Nie było więc, bo nie mogło być - ani męczeństwa, ani aktu mistycznej ofiary. Nie było poległych.
Była tragiczna katastrofa komunikacyjna wynikająca ze złej organizacji, braku wyobraźni, brawury i polskiego "jakoś to będzie", które spotkało się z rosyjskim odpowiednikiem - "awoś". A to wszystko poparte lekkomyślnym przekonaniem, że jak się ma na pokładzie głowę państwa, to z definicji nic złego stać się nie może. Jakby żelazne procedury, bezwzględne prawa fizyki i meteorologii nie dotyczyły VIP-ów.
Tak oto największa narodowa tragedia od czasu II wojny światowej ma jak najbardziej banalne przyczyny - ludzką nieodpowiedzialność i niekompetencję. W ten sposób właśnie - chłodnym okiem - trzeba patrzeć na powody tej katastrofy. Inaczej nie wyjdziemy z piekła gorszących pomówień, insynuacji i oskarżeń, które najbardziej ranią tych, którzy i tak już są głęboko poranieni - rodziny ofiar.
W niedzielę udają się one do Smoleńska na miejsce tragedii. Chcą "przejść te metry, których IM zabrakło, aby dolecieć do pasa lotniska". W swym liście otwartym do prezydentowej Anny Komorowskiej z 9 września 2010 r. napisały: "Chcemy dotknąć ziemi, która przyjęła ostatni oddech naszych najbliższych. Wspólnie pomodlić się w miejscu, gdzie umarli. Być tam razem, by jeśli ta chwila okaże się dla kogoś za trudna, podać sobie nawzajem rękę w geście wsparcia, zrozumienia i jedności. Wierzymy, że ta podróż będzie służyła ukojeniu złych emocji, a nasze cierpienie znajdzie zrozumienie nawet u tych, którzy dziś w ferworze politycznej walki zdają się zupełnie go nie dostrzegać".
Wątpię, czy kiedykolwiek uda się tę tragedię wyjąć poza polityczny nawias. Ale próbować trzeba. Cały czas.
Źródło: Gazeta Wyborcza