Podczas poprzedniego kryzysu rządowego w 2007 to ona zmobilizowała dziesiątki tysięcy belgijskich patriotów, by wreszcie pokazali, że istnieją. Tym razem nawet jej opadają czasem ręce. - Nie wiem, jak obudzić ludzi. Chyba muszą zacząć się bać, że
Belgia naprawdę następnego dnia zniknie - mówi "Gazecie". Wie, że musi coś zrobić i to szybko.
Do ratowania Belgii wzięła się pewnego sierpniowego poranka w 2007 r. Wstała jak zwykle o 5.30, przed rodziną, by w spokoju wypić kawę, przejrzeć pocztę i wiadomości w internecie. Przeczytała kolejne doniesienia o sporach francuskojęzycznych polityków z południa kraju i Flamandów z północy, którzy od miesięcy nie mogli dogadać się w sprawie wspólnego rządu.
W Belgii to nic nowego. Od dziesięcioleci Walonowie i Flamandowie prowadzą zaciekłe dyskusje o tym, co powinno być federalne, a co regionalne, i którędy przebiegać powinny granice między francusko- a flamandzkojęzycznymi regionami kraju. Politycy z bogatszej Flandrii chcą większej autonomii regionów lub wręcz podziału kraju, aby nie łożyć na biedniejszych Walonów. Walonowie nie chcą o tym słyszeć. W dodatku nie ma zgody na to, jak miałaby przebiegać granica - Bruksela jest francuskojęzyczną wyspą na mapie Flandrii.
Tamtego roku sytuacja była jednak wyjątkowo napięta. Politycy, zamiast rządzić krajem, toczyli niekończące się dyskusje. W przypływie nagłej irytacji Houard napisała krótką petycję, którą umieściła w sieci: "My, Belgowie z urodzenia, z przekonania i adoptowani, żądamy, by politycy szanowali nasz kraj i jego jedność! ( ) Żądamy, by zajęli się prawdziwymi problemami, jak zatrudnienie, bezpieczeństwo, zdrowie, poziom zamożności, środowisko i przestali marnować swój czas i NASZE pieniądze na spory, które interesują maleńką mniejszość. W jedności nasza siła!".
Spodziewała się, że podpisze ją góra trzy tysiące osób. Po kilku tygodniach podpisów było kilkadziesiąt tysięcy, a skończyło się na 140 tys.
Postanowiła wykorzystać siłę tej lawiny. Nigdy wcześniej nie działała w polityce, nie zbierała podpisów, nie organizowała wieców.
- Nie należałam nawet do żadnej organizacji społecznej - wspomina. Wtedy razem z kilkoma osobami i organizacjami, które do niej dołączyły, zorganizowała wielką manifestację. Przyszło 30 tys. osób, głównie francuskojęzycznych mieszkańców Brukseli, ale także Flamandów z Antwerpii i innych miast. Belgijską stolicę od głównego dworca po park w centrum zalał czarno-żółto-czerwony korowód.
"I want you for Belgium!" (Chcę Ciebie dla Belgii) - mówił z koszulek bohater przypominający wuja Sama. Z okien wielu domów w Brukseli przez całe tygodnie powiewały belgijskie flagi.
Było to rzadkie wydarzenie, które unaoczniło belgijskim politykom, że komuś jednak na Belgii zależy. Na co dzień wygląda to zupełnie inaczej: przywódcy toczą spory, lokalni politycy uchwalają absurdalne przepisy, np. że na miejskich placach zabaw mogą się bawić tylko dzieci mówiące po flamandzku albo że dom może kupić tylko ten, kto włada tym językiem. Obywatele, którzy chcą, by Belgia trwała, milczą i zajmują się swoimi sprawami.
Wtedy, po rekordowych dziewięciu miesiącach dyskusji, udało się wreszcie stworzyć rząd. Dziś, po kolejnych wyborach, scenariusz się powtarza, i to z taką dokładnością, że artykuły prasowe sprzed trzech lat można by po niewielkich zmianach wydrukować ponownie. Znów słychać, że Belgia może lub zdaniem niektórych wręcz powinna się rozpaść. To samo jest nawet nazwisko premiera - Yves Leterme.
Marie-Claire nie może tego słuchać. Sama zna co prawda tylko kilka flamandzkich słów, a po drugiej stronie językowej granicy nie ma rodziny ani znajomych, ale czuje się zdecydowanie Belgijką, a nie Walonką.
- To niewiarygodne, ile czasu i pieniędzy marnujemy w tym kraju, by zniszczyć coś, co tak naprawdę większości odpowiada! - złości się. - Wszystko przez to, że nie mamy poważniejszych problemów. Jesteśmy bogaci, za dobrze nam się żyje.
Faktem jest, że gdy zaczął się kryzys finansowy i kolejnym belgijskim bankom groził upadek, o sporach językowych i politycznych zrobiło się nagle cicho.
Dlatego dziś Houard znów myśli, co począć, by obudzić tych Belgów, którzy kochają swoją ojczyznę. Wie, że o zryw społeczny taki jak w 2007 r. będzie trudno. Dlatego szuka innych sposobów. - Założyliśmy stowarzyszenie, szykujemy współpracę ze związkami zawodowymi - mówi. A jeśli to się nie powiedzie? - Potrzebny jest prawdziwy wstrząs, który wytrąciłby obywateli z letargu. Może referendum z pytaniem wprost: Czy jesteś za rozpadem Belgii? - zastanawia się. Tyle że konstytucja nie przewiduje referendum.