Aleksandra Pezda: Powiedział pan w Radiu TOK FM, że reakcja rządu na dopalacze "jest tak brutalna, że odruchem obywatelskim powinno być przeciwstawienie się jej". W jakim sensie brutalna? Mateusz Klinowski: Państwowy Inspektorat Sanitarny wydał decyzję o zakazie rozprzestrzeniania jednego ze środków o nazwie handlowej Tajfun, zupełnie nie definiując, jaki jest jego skład chemiczny. Oparł się przy tym na przepisach o środkach chemicznych w przemyśle. Czy słusznie? W efekcie tego zakazu zamknięto sklepy, które prowadzą sprzedaż nie tylko dopalaczy, ale też koszulek, fajek, znaczków, gazet. A za środek niebezpieczny uznano wszystkie dopalacze. Wszystko to wydaje mi się nadużyciem i nieuzasadnionym ograniczeniem swobody prowadzenia wolności gospodarczej. To czysto pokazowa akcja ze strony rządu. Przerażające, że rząd w ten sposób nadużywa prawa.
Uważa pan, że właściciele sklepów mają szansę na odszkodowania? - Wielce prawdopodobne, ale te szczegóły prawne wydają mi się mniej ważne. Ze społecznego punktu widzenia jest po prostu tak - polityka zakazu i nadużywanie prawa przez organy państwa przynoszą więcej szkody niż pożytku. Gdybym mógł dzisiaj rozmawiać z premierem Donaldem Tuskiem oko w oko, powiedziałbym mu: To pan i pana koledzy stworzyliście problem dopalaczy.
Przecież to nieprawda. Sklepów jest ponad tysiąc, młodzież kupuje dopalacze, są zatrucia, nawet zgony. To nie jest wina Tuska. - A jednak. Od dziesięciu lat w Polsce obowiązuje bardzo restrykcyjne prawo narkotykowe - za posiadanie znikomych ilości narkotyków, nawet marihuany, można iść do więzienia. Uważam, że podstawowa szkodliwość sięgania po marihuanę polega obecnie na surowej odpowiedzialności karnej, jaka się z tym wiąże. Nic więc dziwnego, że ludzie zaczęli poszukiwać legalnych zamienników nielegalnych używek. Stąd problem dopalaczy. Jak pokazują badania Europejskiego Centrum Monitoringu Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA), po dopalacze sięgają głównie te osoby, które używają nielegalnych używek. A dopalacze stanowią dla tych legalną alternatywę. Dla porównania, w krajach, w których posiadanie narkotyków jest tolerowane (
Holandia,
Niemcy,
Portugalia), problem dopalaczy nie występuje w takim natężeniu, jak w Polsce. Jednak tam i 20 gramów marihuany nie wywołuje represyjnej reakcji państwa.
Podam panu inny, wydaje się pozytywny, wkład rządu: znam szkoły, w których rodzice zaczęli się domagać rozmowy o narkotykach i dopalaczach. Do tej pory było tak, że nikt problemu nie zauważał. - To tak, jakby dopiero samobójstwo jakiejś uczennicy we wczesnej ciąży sprowokowało dyskusję o antykoncepcji. O narkotykach i dopalaczach powinno się w szkole mówić stale. Trzeba tego pilnować. To, że młodzież sięga po narkotyki albo dopalacze, jest przecież wynikiem porażki naszego systemu edukacji. To kolejny argument przeciw polityce, która prowadzi rząd. Bo co robią politycy w Polsce? Gdy rozpoczęła się sprzedaż dopalaczy, natychmiast zaczęli je wciągać na listę substancji zakazanych, traktować, jak nielegalne narkotyki. Zdelegalizowane dopalacze zastąpiły kolejne środki - okazuje się, że bardziej szkodliwe niż te poprzednie. I tak benzylopiperazynę (BZP), kiedy tylko została wciągnięta na listę środków zakazanych, zastąpił mefedron. Ten zaś okazał się silnie uzależniającym, zupełnie nowym rodzajem narkotyku. Ludzie zaczęli sobie go nawet podawać dożylnie. Dziś i mefedron jest zakazany, więc obecnie na rynku mamy już kolejne jego modyfikacje, jeszcze bardziej szkodliwe. Gdy przyjrzeć się dynamice medialnych doniesień o kolejnych przypadkach przedawkowania, jest ona skorelowana z kolejnymi nowelizacjami ustawy o przeciwdziałania narkomanii. To zakazy eskalują problem, przyczyniają się do kolejnych śmierci.
Co by pan z tym teraz zrobił? - Skoro nie jesteśmy w stanie wyeliminować dopalaczy ani narkotyków, może pozwólmy społeczeństwu sięgać po substancje względnie mało szkodliwe. Skutki zdrowotne palenia marihuany są dużo mniejsze niż np. alkoholu czy nikotyny. Przykładowe dane z
USA - tytoń to ok. 435 tys. zgonów rocznie, wszystkie nielegalne narkotyki przyczyniają się do 17 tys. zgonów, marihuana - zero. Tymczasem to tytoń jest legalny.
Przecież nie powiemy teraz dzieciom - to już sobie palcie marihuanę, bo jest lżejsza. Oboje wiemy, że może uzależnić i że wspomagana uzależnienia. - Palenie marihuany uzależnia w wielokrotnie mniejszym stopniu niż alkohol i nikotyna. Nie jest też prawdą, że marihuana prowadzi do innych uzależnień. Tyle mówi nauka. Ale dobrze, przećwiczmy wariant rządowy: pojawia się nowa substancja - badamy ją i zakazujemy. Jednak obecnie mamy ok. 100 syntetycznych kanabinoli. Ile potrzebujemy czasu, żeby przebadać i zakazać je wszystkie, skoro producenci będą wprowadzać je na rynek stopniowo? Wykrycie, przebadanie i wprowadzenie zakazu kilku substancji zawartych w dopalaczach zajęło państwu prawie dwa lata. To ile czasu zajmie zakaz dla stu kolejnych? Obawiam się, że brniemy w bubel prawny. Jeżeli rząd rzeczywiście chce rozwiązać problem dopalaczy, powinien powołać zespół ekspertów, którzy opracują dobrą, kompleksową ustawę o środkach psychoaktywnych. Bez histerii, bez zbędnych emocji. Powinna się w niej znaleźć lista substancji dopuszczonych do regulowanego obrotu. Istnieje bowiem grupa takich substancji psychoaktywnych, które są względnie nieszkodliwe dla zdrowia, a w wielu krajach już funkcjonują jako leki, np. przywoływana zwykle przy tej okazji marihuana. Depenalizacja posiadania wszystkich narkotyków jest zaś warunkiem koniecznym jakichkolwiek sensownych zmian.